Kwas foliowy kontra folian- fakty przydatne planującym ciążę

Bardzo często zdarza się, że inspiracją dla kolejnego wpisu staje się dla mnie artykuł przeczytany gdzieś w internetach. Tak też było tym r...

Bardzo często zdarza się, że inspiracją dla kolejnego wpisu staje się dla mnie artykuł przeczytany gdzieś w internetach. Tak też było tym razem. Na artykuł, który skłonił mnie do przygotowania tego opracowania natrafiłam kilkukrotnie. Nosi on (moim zdaniem, wyjątkowo szkodliwy) tytuł: "Chcesz zajść w ciążę? - wystrzegaj się kwasu foliowego". Za pierwszym razem oburzyłam się w duszy, ale odpuściłam. Po kolejnych "spotkaniach" z linkiem do tegoż odkrycia, poczułam, że nie wolno odpuszczać, zebrałam materiały i zamierzam przedstawić Wam jakie są fakty w kwestii zażywania kwasu foliowego i folianu w okresie ciąży i przed zajściem w ciążę.


Zanim przejdę do konkretów, chciałam przybliżyć Wam powody mojego oburzenia. Po pierwsze, dla każdej kobiety, która kiedykolwiek była w ciąży lub ją planuje, powinno być oczywiste, jak istotne jest przyjmowanie kwasu foliowego i czym grozi jego niedobór. Nawoływanie w tytule do wystrzegania się kwasu foliowego to, moim zdaniem, próba wywołania sensacji, która niestety może trafić na podatny grunt i autor osiągnie zamierzony cel. Co tam, że zapewne część z czytelników, zapamięta z całego artykułu, tylko tyle, by wystrzegać się kwasu foliowego i prawdopodobnie nie zastosuje ani jego ani folianu. W końcu to nie autora/autorki dzieci urodzą się chore... Zapewne zresztą autorowi wydaje się, że to nic wielkiego, gdyż  pisze cyt.:"Jakie ma korzyści? Kwas foliowy chroni przed rozwojem wad cewy nerwowej. To by było na tyle.". Bardzo lekkie podejście do tematu. Raz, że nieprawda, że to tylko na tyle, a dwa, że polecam poczytać więcej o tym, czym są wady cewy nerwowej, jak wyglądają, pooglądać zdjęcia i dopiero mówić, że to tylko tyle...
W skrócie, cały artykuł próbuje zupełnie zdyskredytować kwas foliowy na rzecz folianu. Używa przy tym moich "ulubionych" słów kluczy, czyli w aptece go nie dostaniecie (bzdura, oczywiście, że dostaniecie), a w sklepach internetowych tak oraz dodatkowe cudowne działanie folianu, czyli jakże modny ostatnio detoks. Zdaje się, że pobudki do napisania tego artykułu były takie, jak te, które opisywałam we wpisie "Pomysł na biznes". Mnie on pasuje do tego idealnie.
Dodatkowo znajdziemy tam też takie kwiatki jak np. receptory pływające w mleku matki. Tymczasem receptory, zgodnie z definicją są to struktury obecne w komórce organizmu zdolne do łączenia się z substancjami przekaźnikowymi i inicjowania w ten sposób specyficznych reakcji w organizmie. Kluczowe jest to, że są to komórki naszego organizmu, które żeby zadziałać i przekazać informację dalszym komórkom muszą być z nim połączone. Nie mogą sobie pływać w mleku. Dziecko nie wypija z mlekiem matki żadnych receptorów. Podobnie jak nie wypija ich z wodą, o ile nie jest zanieczyszczona ;) Ale dajmy już spokój analizie tego "odkrycia medycyny alternatywnej" i przejdźmy do faktów. Metafolina nie jest bowiem odkryciem dostępnym tylko poza apteką i możecie się o niej dowiedzieć również ze źródeł eksperckich, takich jak badania EBM i opinie Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego.


Jakie znaczenie dla ciężarnej ma kwas foliowy i metafolina?


Niedobory kwasu foliowego są ściśle powiązane ze zwiększonym ryzykiem wystąpienia wad ośrodkowego układu nerwowego, które nazywa się wadami cewy nerwowej. Należą do nich bezczaszkowie, rozszczepy kręgosłupa, przepukliny mózgowe, oponowo-rdzeniowe, wodogłowie. Są to choroby prowadzące bardzo często do ciężkiego kalectwa. Ryzyko wystąpienia takiej wady spada o 72% w przypadku stosowania zalecanych dawek kwasu foliowego. Pozostały procent chorób prawdopodobnie wywoływany jest przez inne czynniki niż niedobór kwasu foliowego. Wady cewy nerwowej to jednak nie jedyne konsekwencje niedoboru kwasu foliowego w czasie ciąży. Mniej się o tym mówi, ale może on prowadzić również do powstania u dziecka wad serca, wad zaporowych układu moczowego, zwiększa ryzyko poronienia i zakrzepicy. Jak więc widzicie nie są to drobne konsekwencje.
Istnieje jednak także druga strona medalu, czyli konsekwencje wysokich dawek kwasu foliowego. Jak zawsze, najlepiej pozostać przy złotym środku, czyli rekomendacjach specjalistów, gdyż zbyt wysokie dawki powodują wzrost ryzyka uszkodzenia wczesnej ciąży. Suplementacja jest także przeciwwskazana w chorobach nowotworowych. Dlatego też nie łykamy kwasu foliowego ani folianu na potęgę, ale tyle, ile jest bezpieczne i wskazane.
Kwas foliowy, po spożyciu ulega przemianom, których produktem jest 5-MTHF zwany też folianem. Jest to biologicznie aktywna forma, którą również można spotkać w suplementach, obok kwasu foliowego. Jej potencjalną zaletą jest fakt, iż nie musi ulegać przemianom w organizmie, więc jest rozwiązaniem dla osób, u których mechanizm tych przemian jest zaburzony. Istnieje bowiem wada genetyczna, która powoduje spadek aktywności enzymu MTHFR, który bierze udział w przemianie kwasu foliowego do jego aktywnej formy. Mutację tę posiada prawdopodobnie 50% społeczeństwa, z czego 40% to heterozygoty, a 10% homozygoty. W praktyce oznacza to, że u 40% z nas enzym ten aktywny jest w 75%, zaś u 10% w około 35%. Jeśli kobieta ciężarna znajduje się w tej grupie 10%, to standardowe dawki kwasu foliowego stosowane profilaktycznie mogą okazać się niewystarczające, by zniwelować ryzyko wystąpienia wad u dziecka i innych konsekwencji zaburzenia tego szlaku metabolicznego takich jak: nadciśnienie, zahamowanie wzrostu płodu, poronienia. Folian zdaje się być dobrym rozwiązaniem dla tej grupy kobiet i stanowić alternatywę dla kwasu foliowego.


Jakie są minusy folianu?


Przede wszystkim brak długiej praktyki stosowania i dowodów na skuteczność w zapobieganiu wadom cewy nerwowej. Badano stężenia we krwi folianu, a także jego wpływ na stężenie homocysteiny i wykazano, że kwas foliowy i folian działają porównywalnie. Brak jest jednak nadal badań potwierdzających, że przekłada się to statystycznie na obniżenie ryzyka wystąpienia wad u dziecka. Mnie dodatkowo niepokoi fakt, że metafolina zniknęła z rekomendacji Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego. Nie wiem, czy miało to jakieś podstawy, o których jeszcze głośno się nie mówi, czy to tylko kwestia braku badań.


Jakie są rekomendacje Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego i zalecane dawki kwasu foliowego?


Dotarłam do rekomendacji z lat 2011 i 2014, które są chyba aktualnie najświeższe. Co ciekawe, zmieniły się one w ciągu tych 3 lat. W 2011 zalecano, by u kobiet z niedoborem enzymu MTHFR stosować jednocześnie kwas foliowy i metafolinę. W 2014 zaś PTG odeszło od tych zaleceń i nakazało w takim wypadku stosować zwiększoną dawkę kwasu foliowego. Metafoliny brak w rekomendacjach.
Na pewno podstawą, rekomendowaną już od 1997 roku, jest 0,4mg kwasu foliowego na dobę przez co najmniej 6 tygodni przed zapłodnieniem oraz cały pierwszy trymestr. Niektóre badania wykazują, że powinno to być jednak 12 tygodni przed. Na pewno, im wcześniej, tym lepiej.
Istnieją jednak stany, które wymagają zastosowania wyższych dawek kwasu foliowego. Wskazaniami do tego są:
- niedokrwistość megaloblastyczna
- stosowanie przez kobietę wcześniej antykoncepcji hormonalnej
- stosowanie leków przeciwpadaczkowych
- palenie papierosów (przed ciążą, bo w ciąży to mam nadzieję, że oczywiste, że papierochy do kosza)
- otyłość (BMI>30)
- mutacja MTHFR, o której pisałam powyżej
Wystąpienie wad cewy nerwowej u wcześniejszego potomstwa ciężarnej również jest wskazaniem do zwiększenia dawki kwasu foliowego.
Wyższa dawka, o której mowa to 5mg i o jej zastosowaniu decyduje lekarz, dostępna jest na receptę.

Warto wspomnieć również o tym, że u kobiet karmiących zapotrzebowanie na kwas foliowy jest nawet większe niż podczas ciąży. Tak więc, aby nie dorobić się anemii podczas karmienia, warto zadbać również o właściwą podaż kwasu foliowego w tym okresie.


Podsumowując, nadal podstawową rekomendacją dla ciężarnych i starających się o potomstwo jest 0,4 mg kwasu foliowego. Metafolina wydaje się być ciekawą alternatywą, ale wciąż budzącą kontrowersje i jeśli już to zalecaną obok kwasu foliowego, a nie zamiast niego. Dla spokoju sumienia, że suplementujemy właściwą dawkę i postać, najrozsądniejsze wydaje się badanie w kierunku mutacji powodującej osłabienie aktywności MTHFR (ale przyznaję, że nie wiem jaki to koszt). Nie jest zaś prawdą, że kwas foliowy jest w ciąży przeciwwskazany oraz że szkodzi, ani też że folian zakupicie tylko w sklepie internetowym, bo apteki to go nie znają. Taką decyzję skonsultujcie  lepiej z zaufanym lekarzem, a nie sprzedawcą ze sklepu internetowego.

Badania prenatalne- jakie, kiedy i dla kogo?

Badania prenatalne to temat, nad którym powinna pomyśleć każda ciężarna i to już na samym początku ciąży. Na dobrą sprawę może jeszcze nie ...

Badania prenatalne to temat, nad którym powinna pomyśleć każda ciężarna i to już na samym początku ciąży. Na dobrą sprawę może jeszcze nie do końca do Ciebie docierać, że gdzieś tam w środku zaczyna tworzyć się nowe życie, a już powinnaś umawiać termin na badanie, bo takie mamy niestety realia, że z terminami bywa ciężko. Teoretycznie w temat powinien wprowadzić Cię lekarz prowadzący, ale widziałam i słyszałam dość, by wiedzieć, że wciąż dość często od lekarza nie usłyszymy nic na ten temat. A niektórzy uważają, że wystarczające są 3 USG w trakcie całej ciąży i to wykonane na ich kiepskiej jakości sprzęcie. Dlatego też powstał ten post- aby krok po kroku przybliżyć Wam co, kiedy, dlaczego i po co. Żeby mieć wiedzę odnośnie możliwości, dokonać właściwych wyborów i rozplanować to sobie w czasie. 


U niektórych sama nazwa badania prenatalne wywołuje lęk. Kojarzą się z inwazyjnymi metodami, zagrożeniem dla dziecka, a dodatkowo uruchamiają mechanizm obronny w stylu: "Nie, mnie się to na pewno nie przytrafi." albo "Przecież i tak nie zdecyduję się usunąć, więc lepiej nie wiedzieć". Czy słusznie? Moim zdaniem nie. Warto pamiętać, że pod określeniem badania prenatalne kryją się zarówno metody inwazyjne, jak i nieinwazyjne. Na te pierwsze przychodzi czas dopiero, gdy wyniki badań nieinwazyjnych są niepokojące. Ponadto trzeba pamiętać, że te badania nie prowadzą wprost do decyzji: urodzę czy nie. W takich badaniach można wykryć nie tylko nieodwracalne choroby genetyczne, ale także np. wady serca. Wiedza o takiej chorobie, przy obecnym postępie medycyny, może uratować życie dziecka. Przeprowadzane są już nawet operacje w łonie matki. A nawet gdyby nie było takiej konieczności, to możliwa jest natychmiastowa reakcja po porodzie, bo po prostu wiemy z czym mamy do czynienia. I za taki postęp medycyny należy dziękować i się go nie bać.


Jakie są nieinwazyjne badania prenatalne?


USG genetyczne w I trymestrze - wykonywane między 11 a 14 tygodniem ciąży. Ma na celu przede wszystkim sprawdzenie przezierności karkowej i obecności kości nosowej. Dzięki tym parametrom określa się ryzyko wystąpienia poważnych wad genetycznych takich jak zespół Downa, Edwardsa, Turnera, a także wad cewy nerwowej np. rozszczepu kręgosłupa.

USG połówkowe- wykonywane, jak sama nazwa wskazuje, w połowie ciąży, czyli w okolicy 20 tygodnia. Jeśli wykonywane jest przez specjalistę, na dobrym sprzęcie, pozwala na dokładne sprawdzenie wszystkich narządów i rozpoznanie ewentualnych wad. Lekarz powinien sprawdzić m.in. przepływy, pracę serca. Warto również rozważyć wykonanie tego USG w 3D i to nie ze względu na to, że będziemy mogli zobaczyć buzię dzidziusia, ale dlatego, że trójwymiarowy obraz pozwala lekarzowi na dokładniejszą ocenę narządów w różnych przekrojach.

Test PAPPa- test z krwi, który pozwala na określenie prawdopodobieństwa wystąpienia niektórych wad np. zespołu Downa czy Edwardsa. Czasami wynik jest dużo mniej optymistyczny niż rzeczywistość, gdyż w grę wchodzi też analiza statystyczna, co oznacza automatycznie dużo gorsze wyniki w przypadku starszych matek, gdyż z wiekiem prawdopodobieństwo wystąpienia wad genetycznych niestety wzrasta. Wykonuje się go w tym samym czasie,co USG genetyczne.


Jakie są inwazyjne badania prenatalne?


Amniopunkcja - badanie polegające na pobraniu niewielkiej ilości płynu owodniowego do badania genetycznego. Badanie to umożliwia pewną diagnozę wad genetycznych, rozpoznanie płci, ustalenie ojcostwa. Niesie ze sobą ryzyko odpłynięcia wód płodowych, co na tym etapie ciąży kończy się poronieniem. Ryzyko to wynosi 1 na 100 przypadków. Badanie to nie jest badaniem pierwszego rzutu. Dopiero złe wyniki USG i testu PAPPa sprawiają, że lekarze kierują na amniopunkcję. Wykonuje się ją między 13 a 19 tygodniem ciąży.

Biopsja trofoblastu- pobranie fragmentu łożyska za pomocą igły poprzez powłoki brzuszne i analiza genetyczna

Kordocenteza - pobranie krwi z żyły pępowinowej dziecka w brzuchu matki. Badanie obarczone większym ryzykiem. Stosowane zazwyczaj w przypadku konfliktu serologicznego.


Ile to kosztuje?


Badania mogą być refundowane, ale jest tak tylko w wybranych przypadkach, którymi są m.in. wiek matki powyżej 35 lat, występowanie wad genetycznych u wcześniejszych dzieci lub matki/ojca, złe wyniki badań z krwi i USG wskazujące na wysokie prawdopodobieństwo wystąpienia wad.
Dla pozostałych, którzy nie spełniają tych kryteriów, ale chcą wykonać te badania, są one płatne.

USG genetyczne: od 100zł w górę
Test PAPPa: ok.250zł
Amniopunkcja: 1300-2000zł


Czy warto robić badania prenatalne?


Moim zdaniem USG genetyczne i połówkowe powinna zrobić każda ciężarna i to u pewnego, doświadczonego lekarza. O dalszych inwazyjnych badaniach każda przyszła mama musi zdecydować sama w zgodzie ze swoim sumieniem. Ja życzę, aby jak najmniej z Was miało powody do tego, by musieć taką decyzję podejmować.

Przeziębienie. O czym nie można zapominać?

Pamiętacie może jak w dzieciństwie, gdy złapaliście katar, Wasza babcia zaraz orzekała, że to dlatego, że nie założyliście czapki/podkoszul...

Pamiętacie może jak w dzieciństwie, gdy złapaliście katar, Wasza babcia zaraz orzekała, że to dlatego, że nie założyliście czapki/podkoszulki/ciepłego golfa? Ja nie raz to słyszałam. Wśród starszego pokolenia wciąż pokutuje przekonanie, że przeziębienie bierze się z wyziębienia i że chorujemy dlatego, że nie dbamy o siebie. Myślę, że tak mocno utartego przekonania już nie zmienimy, ale niedawno, czytając pewne forum, ze zgrozą stwierdziłam, że ten mit przeniósł się także na kolejne pokolenia i ewoluował w niebezpieczny sposób. Stąd też dzisiaj poświęcę chwilę chorobie powszechnie nazywanej przeziębieniem.



Przeziębienie jest potoczą nazwą choroby górnych dróg oddechowych objawiającej się nieżytem nosa (katarem), bólem gardła, kaszlem, niekiedy gorączką. Wywołują je WIRUSY, najczęściej te zwane rhinowirusami. Tak więc jest to choroba ZAKAŹNA i nie chorujemy, bo nie założyliśmy czapki, ubraliśmy się zbyt chłodno lub nie dbaliśmy o siebie. Chorujemy, bo ktoś nas zaraził. Bo w pracy, szkole, przedszkolu czy autobusie spotkaliśmy kogoś chorego, kto "sprzedał" nam swojego wirusa. Nie musimy więc robić sobie wyrzutów (bądź ich pokornie wysłuchiwać), dlatego, że nasze dziecko znowu nabawiło się kataru. Wirusoodporni występują tylko w reklamie szczepionki przeciw grypie. Zwykli śmiertelnicy czasem ulegają wirusom i kończą z przeziębieniem. Niezależnie od obecności podkoszulki ;)

Nieprawdą jest również, że przeziębieniem nie zarażamy. Nieprawda, że skoro to "tylko przeziębienie" to można iść odwiedzić koleżankę, która ma w domu noworodka. Nieprawda, że nie stanowimy zagrożenia dla osób o osłabionej odporności. Tak samo, nieprawda, że Wasze przeziębione dziecko, kiedy pójdzie do przedszkola to nie zarazi swoich koleżanek i kolegów. Zarazi. Bo wbrew temu, co mówi Wam jego babcia, to ten katar nie jest dlatego, że nie miało podkoszulki. Jest dlatego, że do organizmu dostał się wirus. Podkoszulki i czapki innych przedszkolaków również nie uchronią ich przed zasmarkanym kolegą, który jest "tylko przeziębiony". Właśnie dzięki takiemu myśleniu, kiedy zaczyna się szkoła/przedszkole setki rodziców myślą sobie: "O nie, znowu zacznie się chorowanie...". I tak niestety jest. Bo zawsze w grupie znajdzie się takie dziecko, które jest "tylko przeziębione" i przekazuje wirusa dalej. Znajdą się również te, które zostały zapobiegawczo ubrane na bałwanka, żeby przypadkiem się nie przeziębiły. Te pewnie jeszcze szybciej zachorują, bo przegrzewanie jest de facto gorsze niż wychłodzenie. Pamiętajcie, że to, że Wasze dziecko choruje, nie oznacza, że musicie założyć mu jeszcze dodatkową parę skarpet na rajtuzy... Nie tędy droga do odporności. Zupełnie nie tędy. 

Dlatego też, zaklinam Was, pamiętajcie, że wszelkie infekcje dróg oddechowych mają zazwyczaj tylko dwie przyczyny: wirusy lub bakterie. Jedne i drugie zarażają. Tak więc, Wasze czy dziecka przeziębienie, przestaje być tylko Waszą sprawą w momencie, gdy decydujecie się bywać w miejscach publicznych czy odwiedzać rodzinę lub znajomych. Chora babcia w odwiedzinach u niemowlaka to nie jest dobry pomysł. Przeziębiona babcia to wciąż CHORA, a nie nie dbająca o siebie babcia.

Skoro już wspomniałam o bakteriach, to warto pamiętać również o drugim, powszechnym błędzie- antybiotyk na przeziębienie. Przeziębienie i grypa to choroby wirusowe. Antybiotyk to lek na bakterie. Nie działa na wirusy. Przeziębienia nie leczymy antybiotykami, bo możemy sobie co najwyżej zaszkodzić. Łapie mnie katar, a w apteczce mam jeszcze resztkę antybiotyku, więc wezmę na wszelki wypadek? W żadnym wypadku. Antybiotyk to ostateczność, którą stosuje się dopiero przy bakteryjnych powikłaniach. I to na wyraźne zalecenie i z przepisu lekarza. I tego się trzymajmy!

Mimo panującego wyjątkowo złośliwego przeziębienia, zdrówka Wam życzę i jeśli jednak Was dopadnie, to pamiętajcie: to wirus, a nie zimno Was dopadło! ;)

Jak wybrać dobre serum do twarzy z witaminą C?

W ostatnich dniach naszła mnie chęć na wypróbowanie nowego kosmetyku ,w formie, której jeszcze nie stosowałam, czyli serum. Mój wybór pa...


W ostatnich dniach naszła mnie chęć na wypróbowanie nowego kosmetyku ,w formie, której jeszcze nie stosowałam, czyli serum. Mój wybór padł na serum z witaminą C. To niewiele zawężyło obszar poszukiwań, bo, jak pewnie wiecie, witamina C jest teraz bardzo modna. Postawiłam mu więc wysokie wymagania i oczywiście okazało się, że ich spełnienie i zmieszczenie się w budżecie przeciętnego Kowalskiego (i to przed świętami) nie jest łatwe. Dlatego też doszłam do wniosku, że jak już wydawać pieniądze to nie w ciemno i poświęciłam trochę czasu na research. Udało mi się dojść do pewnych wniosków, którymi teraz chcę się z Wami podzielić. Mam nadzieję, że pomogą Wam one wybrać, jeśli nie idealne, to chociaż dobre serum z witaminą C i będziecie wiedzieć czym się kierować przy wyborze kosmetyku dla siebie. Bo na pewno nie tym, żeby witamina C była lewoskrętna ;)

Dlaczego warto wybrać kosmetyk z witaminą C?


Na początek, o tym dlaczego akurat witamina C. Jakie korzyści może nam ona przynieść?

- jest bardzo silnym przeciwutleniaczem, a więc chroni komórki przed wolnymi rodnikami

- bierze udział w procesach syntezy kolagenu, a jednocześnie zmniejsza jego degradację, a to oznacza w skrócie: mniej zmarszczek

- ma działanie rozjaśniające i wyrównujące koloryt skóry, działa depigmentacyjnie. Pomaga pozbyć się przebarwień np. potrądzikowych lub powstałych w ciąży

- ma działanie przeciwzapalne, a więc może być pomocna przy leczeniu stanów zapalnych np. trądziku

- jako antyutleniacz zapobiega utlenianiu się łoju i zatykaniu porów, co również może być pomocne w walce z niedoskonałościami skóry

Z tych właśnie powodów serum z witaminą C (albo krem, jeśli ktoś woli taką formę) wydaje mi się rozwiązaniem idealnym dla kobiet, które już pożegnały się z wiekiem nastoletnim i szukają kosmetyków zapewniających skuteczną ochronę przeciwzmarszczkową, a jednocześnie, jak na złość, nie pożegnały się z tendencją do tworzenia się wyprysków. Czyli dla takich jak ja. I myślę, że nie ja jedna mam ten problem.

Na co zwrócić uwagę wybierając serum z witaminą C?


Ta niepozorna witaminka lubi narobić wokół siebie trochę zamieszania. W kosmetykach nie jest inaczej. Również sprawia problemy. Pierwszym, najważniejszym z nich jest TRWAŁOŚĆ. Witamina C niestety nie jest związkiem stabilnym i trwałym. Bardzo łatwo ulega rozkładowi i jedyne co do tego potrzebuje to tlen i światło. Czyli praktycznie wystarczy, że otworzymy opakowanie naszego super drogiego serum z witaminą C, a już nam ona zaczyna uciekać. Bad news. Żeby trochę temu zapobiec większość tego typu kosmetyków pakowana jest w buteleczki z ciemnego szkła. Jeśli znajdziecie jakieś w przezroczystej, to możecie od razu z niego zrezygnować.
Kwas L-askorbinowy, czyli witamina C jest najmniej trwała. Tak więc, jeśli producent chwali się, że jego produkt zawiera czystą witaminę C, lewoskrętną czy cokolwiek w tym stylu, to pamiętajcie, że tak naprawdę to wcale nie zaleta. To po prostu najtańsze rozwiązanie. Niestabilna wit.C po otwarciu zaczyna się rozkładać. Po miesiącu od otwarcia opakowania jej stężenie maleje o połowę. Po kilku tygodniach tak naprawdę serum może nam zmienić kolor i stracić jakiekolwiek właściwości.
Są też dużo bardziej stabilne formy, którymi są estry palmitynianowe kwasu askorbionwego, fosforan askorbylu i glikozyd askorbylowy. Z tych trzech form celowałabym w estry, gdyż glikozydy są droższe w produkcji i cena szybuje w górę, zaś fosforan jest słabo wchłaniany. Istnieje również tetraizopalmitynian askorbylu, którego stabilność wynosi podobno ponad rok.
Dodatkowo kosmetyki z wit. C mogą być wzbogacane przeciwutleniaczami, które będą zwiększać ich trwałość. Nie muszą to być sztuczne przeciwutleniacze, ale np. olejki roślinne o takich właściwościach, które dodatkowo będą miały pozytywny wpływ na naszą cerę.

Kolejny problem, który stwarza nam witamina C w kosmetykach to PRZENIKANIE, czyli wchłanianie do głębszych warstw skóry. Aby uzyskać optymalny efekt, korzystne byłoby, żeby serum nie działało tylko na zewnętrzną warstwę skóry, ale przenikało głębiej. Niestety witamina C jest witaminą rozpuszczalną w wodzie, a co za tym idzie, trudno przechodzi przez lipidowe warstwy naskórka. Tutaj również przewagę zyskują estry, które są lepiej rozpuszczalne w tłuszczach i łatwiej przenikają w głąb skóry. Wśród nich przoduje tetraizopalmitynian askorbylu, który przenikalność ma na tyle dobrą, że jest efektywny już w stężeniu 1-3%, podczas gdy na innych form za optymalne stężenie przyjmuje się 15%.

KRÓTKI SKŁAD to kolejna rzecz, na którą warto zwrócić uwagę. Chodzi mi oczywiście o substancje pomocnicze. Jest to łatwiejsze do osiągnięcia właśnie w przypadku serum, gdyż krem zawsze zawiera więcej składników, niekoniecznie o korzystnym wpływie (parabeny, konserwanty etc.). 

Próbując wybrać serum dla siebie przejrzałam kilkanaście składów INCI i kierując się opisanymi wyżej kryteriami, porównałam stosunek jakości do ceny. Mój wybór padł na Mincer Pharma Vita C Infusion. Warto poszukać go w promocji, bo rozstrzał cenowy jest dość spory, ale cena ogólnie czyni go osiągalnym. Tutaj możecie sprawdzić: klik.
Jego skład prezentuje się następująco:


Jak widzicie mamy tu wysoko w składzie stabilną i dobrze przenikającą formę wit.C, bogactwo olejków i nie ma praktycznie żadnych zbędnych składników. Mam nadzieję, że mnie nie rozczaruje, bo wygląda naprawdę obiecująco.

A Wy macie jakieś swoje ulubione kosmetyki z witaminą C?

Pomysł na biznes ;)

Uwaga! Odstąpię POMYSŁ NA BIZNES. Sama nie spełniam wymagań dodatkowych. WYMAGANIA PODSTAWOWE: lekkie pióro i zdolność do przekonywani...

Uwaga! Odstąpię POMYSŁ NA BIZNES. Sama nie spełniam wymagań dodatkowych.



WYMAGANIA PODSTAWOWE: lekkie pióro i zdolność do przekonywania

PLAN DZIAŁANIA: Należy znaleźć substancję lub roślinę nie wywołującą dużych działań niepożądanych, przynajmniej takich ostrych, które można łatwo z nią powiązać. Następnie należy wymyślić jej wszechstronne cudowne właściwości. Nie można przy tym zapomnieć, że obowiązkowo musi podnosić odporność, odkwaszać organizm i leczyć raka. Jak do tego będzie jeszcze odchudzała i oczyszczała z metali ciężkich to sukces murowany. Ale spokojnie, wcale nie musi tak działać. W końcu nie będziemy wprowadzać jej jako lek, nie potrzebujemy badań. Wystarczy napisać mądrze brzmiący artykuł, w którym będziemy przekonywać czytelnika, że tak właśnie działa. Jeśli chodzi o źródła to mamy dwa wyjścia- albo podajemy bliźniacze strony tak samo "wiarygodne" jak my sami albo znajdujemy jakieś badania na zbliżony temat. Nie muszą potwierdzać naszych tez, wystarczy że zawierają kluczowe słowa i nie są po polsku. 90% czytelników i tak do nich nie zajrzy. Dla kreatywniejszych jest też możliwość przeinaczania faktów. Potem zaczynamy promocję. I tu obowiązkowo trzeba pamiętać, że należy podkreślić, że to ukrywana terapia, że lekarze Ci o niej nie powiedzą, bo byś wyzdrowiał, a to nie w ich interesie. Można też dodać co nieco o lobby medycznym czy też big pharmie. Grunt żeby powiało teorią spiskową i żeby czytelnik poczuł się wyjątkowo, że dowiedział sie o tym skrywanym sekrecie. Następnie podrzucić temat zwolennikom altmedu i voila- sukces strony murowany. Sekrety i ukryte terapie przenoszą się najszybciej. Dla umocnienia swojej pozycji możemy jeszcze napisać książkę. W końcu to wolny kraj, każdy może napisać co zechce, niezależnie czy jest lekarzem, inżynierem, piłkarzem czy cieślą. Grunt, żeby potrafić przekonać, że wie się lepiej. Jak już strona odniesie sukces, przystępujemy obowiązkowo do drugiej części planu. Tworzymy przy niej sklep internetowy. I tam sprzedajemy opisane przez nas remedia na całe zło. Cena nie gra roli, bo przecież na zdrowie nie będą żałować. Zwłaszcza na takie tajne terapie, których udało im się dostąpić.Potem juz tylko liczymy pieniążki wpływające na konto, pilnując żeby nie wypaść z roli tego, co to zbawia świat i chroni przed łaknącą pieniędzy big pharmą.

WYMAGANIA DODATKOWE: umiejętność manipulacji i brak sumienia

Ja tych ostatnich wymagań nie spełniam, ale już pełno ludzi odnosi w tej branży sukcesy, więc może chcecie spróbować? ;) :P

Moja walka z ospą u dzieci i rady jak to przetrwać

Mogę już powiedzieć, że nasza wojna z ospą po miesiącu chorowania zbliża się ku końcowi. Wprawdzie Mały Człowiek jeszcze wciąż jest wys...


Mogę już powiedzieć, że nasza wojna z ospą po miesiącu chorowania zbliża się ku końcowi. Wprawdzie Mały Człowiek jeszcze wciąż jest wysypany, ale krostki zmieniły się już w strupki, więc jesteśmy na ostatniej prostej. Starsza siostra, którą dopadło pierwszą, już całkiem zdrowa. Dlatego też mogę trochę podsumować to, czego można się spodziewać przy wiatrówce i jak sobie z nią radzić. Przede wszystkim jak walczyć z wysypką i swędzeniem, a czego unikać.

Co warto wiedzieć o ospie?


Ospa wietrzna jest chorobą mocno zakaźną, wirusową, a wirusy przenoszą się drogą kropelkową. Wystarczy więc przebywanie w tym samym pomieszczeniu, wspólna zabawa itp. by się zarazić. Chory zaraża już na 2-3 dni przed wystąpieniem pierwszych objawów. Nie zaraża już, gdy na skórze pozostają tylko zaschnięte strupki. Niemniej nawet po chorobie trzeba na dziecko uważać, bo po ospie następuje dołek immunologiczny i przez 2-3 miesiące może ono mieć osłabioną odporność. Nie polecam również organizowania ospa-party, żeby mieć już to z głowy. Pamiętajmy, że ospa może powodować powikłania w postaci np. zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych czy zapalenia płuc.

Jakie są etapy choroby?


Na początku może wystąpić gorączka i ogólne złe samopoczucie, potem pojawiają się charakterystyczne pęcherzyki wypełnione płynem. Kolejność może też być odwrotna, bo u nas najpierw były krostki, a dopiero potem podwyższona temperatura. Krostki mogą być swędzące (a wręcz z reguły są), ale Starsza Siostra zaprzeczyła regule i nic ją nie swędziało. Młody Człowiek nie miał już tyle szczęścia...
Potem następuje kolejny etap, czyli mega wysyp. To też nie reguła, bo u niektórych kończy się na kilku krostkach. My nie mieliśmy tyle szczęścia i oboje solidnie zsypało. Trzeba liczyć się z tym, że pęcherzyki pojawiają się też na błonach śluzowych, w uszach, na skórze głowy, a nawet na narządach płciowych. Zero litości. Są wszędzie.
Mniej więcej w tym samym czasie następuje załamanie. Nie choroby, matki ;) Ja zaczęłam panikować i za jednym i za drugim razem. Za pierwszym, bo jedna krostka się paprała, wyglądała naprawdę brzydko i wystraszyłam się powikłań w postaci nadkażenia bakteryjnego. Za drugim razem dla odmiany wyszły bolesne duże węzły chłonne i pęcherzyki na powiece przy oku. Za pierwszym razem oczywiście trafiłam w długi weekend, bo jakże by mogło być inaczej... Za drugim... również w weekend. Jak dzieci chorują to zawsze jest weekend :P I tu opowiem Wam jaką pomoc otrzymaliśmy.


Ospa a służba zdrowia


Długi weekend, ospa zdiagnozowana samodzielnie i ta paskudna wielka boląca i paprząca się krosta. Doszłam do wniosku, że jednak potrzeba konsultacji lekarza i jakiegoś antybiotyku do zastosowania miejscowo. Udaliśmy się na Pogotowie, bo w moim mieście niestety coś takiego jak pomóc doraźna w przychodni nie istnieje. Pani doktor rzuciła okiem na moją córkę, po czym ochrzaniła mnie, że nie zaszczepiłam jej na ospę (szczepionka nieobowiązkowa wg kalendarza szczepień, płatna), wtedy nie miałabym problemu. Teraz ona musi zgłosić do sanepidu zachorowanie na chorobę zakaźną, a w dodatku ona pozaraża tutaj wszystkich i po co w ogóle przyjechaliśmy. Moich próśb o spojrzenie na felerną krostę nie wysłuchała, powiedziała, że z powikłaniami to do swojego lekarza do przychodni, zaleciła smarować pudrem płynnym i po minucie zakończyła wizytę. Walczyłam więc dalej swoimi sposobami, a po weekendzie zadzwoniłam do przychodni. Nie wybierałam się już z dzieckiem, bo raz ,że mojego mi było szkoda ciągnąć, gdyby miała nastąpić powtórka z rozrywki, a dwa, że pozarażałaby inne dzieci i w ogóle pół przychodni, bo gabinet pediatry jest tuż obok rejestracji. Słusznie zrobiłam, bo jedyne co mi polecono to nie co innego jak... puder płynny. Na tym zakończyłam współpracę z miejscowymi lekarzami i przy wątpliwościach, gdy Mały Człowiek zachorował zwróciłam się po konsultację online do koleżanki- pediatry (dzięki Asia :* ). Po tych przejściach naprawdę ciężko się dziwić, że mamy szukają odpowiedzi na pytanie "jak leczyć dzieci?" w internecie. Nie twierdzę oczywiście, że nie należy odwiedzać lekarza i lepiej leczyć się samemu. Bynajmniej nic takiego Wam nie radzę. Ale jestem też daleka od bezgranicznego zaufania lekarzom.


Jak walczyć z ospą?


Lekarze zalecili nam zgodnie puder płynny i tyle. Czy faktycznie to najlepsze i jedyne wyjście? Nie, nie i jeszcze raz nie. Puder płynny był stosowany za dawnych czasów, mniej więcej wtedy gdy my, rodzice, przechodziliśmy ospę. Ma on swoje plusy, bo zasusza pęcherzyki i za sprawą dodatku benzokainy i mentholu uśmierza swędzenie. Nie jest jednak lekiem idealnym. Jego wadą jest to, że zakleja zmiany, uniemożliwia ich dokładne oczyszczenie i stwarza idealne środowisko do rozwoju bakterii, co może prowadzić do powikłań. Będący bardziej na bieżąco lekarze o tym wiedzą. Kupiłam ten nieszczęsny polecany puder, ale stosowałam go tylko na początku na największe napuchnięte pęcherze na noc, żeby zapobiec drapaniu, bo Mały Człowiek źle znosił Fenistil. Skoro już jestem przy Fenistilu, to właśnie Fenistil w kropelkach działa przeciwświądowo i można się nim wspomagać, żeby dziecko się nie drapało. Warto również pamiętać o dokładnym obcięciu paznokietków.


Co jeszcze możemy zrobić?


- ubierać dziecko przewiewnie

- kąpać
Panuje mit, że w trakcie ospy się nie kąpie. Szkodliwy mit, bo higiena jest ważna żeby uniknąć zakażeń. Kąpiel nie powinna być zbyt długa, trzeba myć i wycierać delikatnie, ale nie trzeba z niej rezygnować. 

- kąpać w nadmanganianie potasu
Fioletowe kryształki dostępne w aptekach wrzuca się do wanny do uzyskania jasnoróżowego odcienia wody. Nie przesadźcie z ilością, bo dziecko Wam zbrązowieje ;)

- odkażać pęcherzyki Octeniseptem
To było moje główne oręże w walce. Na szczęście nie szczypie, więc dzieci chętnie poddawały się zabiegom. Starałam się odkażać conajmniej 2 razy dziennie, a u Małego Człowieka zmiany pod pieluszką traktuję Octeniseptem przy każdym przewijaniu, bo są one najbardziej narażone na bakterie. Zakupiłam do tego po 100szt. gazików na łebka i psikamy.

- fiolet gencjanowy, czyli pyoctanina
Osobiście nie stosowałam, ale nie znalazłam informacji, by był przeciwwskazany. Warto zakupić wodny roztwór gencjany, jeśli dziecko ma zmiany w buzi. Przy stosowaniu na skórę trzeba liczyć się ze stratami w odzieży- farbuje na fioletowo. 

- na gorączkę stosujemy TYLKO paracetamol
Pisałam już kiedyś o tym tutaj, że ibuprofen jest przeciwwskazany przy ospie. O aspirynie, o której powiedziała mi lekarka na pogotowiu, nawet nie wspominam, bo oczywiste, że jej nie stosujemy u dzieci nigdy, niezależnie od przyczyny gorączki.

Nasza walka ma się ku końcowi, chociaż skóra Małego Człowieka wymaga jeszcze zabiegów i nie wygląda zbyt ładnie, ale kryzys już za nami i śpię spokojniej. Mam nadzieję, że moje rady pomogą Wam przejść bezpiecznie przez ospę wietrzną, zwłaszcza jeśli spotkacie się z tak "dobrą" opieką zdrowotną, z jaką ja miałam wątpliwą przyjemność.

Trzymajcie się zdrowo i nie wysypkowo
Far Minka

Krótka historia o tym jak wrobiono niemowlaki w słuchanie Mozarta

Czy zetknęłyście się kiedyś ze stwierdzeniem, że będąc w ciąży powinnyście słuchać Mozarta? I że powinno się go puszczać dzieciom od na...


Czy zetknęłyście się kiedyś ze stwierdzeniem, że będąc w ciąży powinnyście słuchać Mozarta? I że powinno się go puszczać dzieciom od najmłodszych lat, a w zasadzie miesięcy? Bo ja słyszałam o tym nie raz. Mówi się, że muzyka Mozarta podnosi inteligencję, zwiększa zdolności poznawcze. Że jak się płód nasłucha utworów tegoż kompozytora, to potem wyrośnie z niego mądre dziecko. Będzie inteligentniejsze i będzie się szybciej uczyć. No fenomen po prostu. Fenomen ten nazwano efektem Mozarta.
Efekt Mozarta miał w swój początek w badaniu przeprowadzonym w 1993 roku przez panią Rauscher i jej współpracowników. Podczas tego eksperymentu przebadano grupę studentów, których podzielono na trzy podgrupy, z których jedna słuchała jednej z sonat Mozarta, druga muzyki relaksacyjnej, a trzecia niczego. Wszystkich poddano testowi na inteligencję, którego wynik pokazał, że słuchający Mozarta wykazują krótkotrwały wzrost IQ o 8-9 punktów. Wyniki tego badania ukazały się w znanym piśmie Nature i zostały szybko podchwycone przez media. To jedno badanie stało się motorem do tworzenia kolejnych legend. Wywołało falę artykułów nawołujących do puszczania Mozarta dzieciom, a potem również do słuchania go w ciąży. W końcu już każdy wiedział, że Mozart dobrze wpływa na rozwój mózgu i przy nim szybciej rosną neurony ;) Tylko naukowcy nie uwierzyli na słowo i próbowali powtórzyć badanie i uzyskać podobne wyniki. Niestety bez skutku. Badania nad efektem Mozarta trwały przez następnych kilkanaście lat i zostały zwieńczone metaanalizą w 2010 roku, w której to autorzy analizując wszystkie przeprowadzone badania wykazali, że coś takiego jak efekt Mozarta nie istnieje. Nigdy nie udało się dowieść, by słuchanie muzyki tego kompozytora miało jakikolwiek wpływ na inteligencję czy zdolności poznawcze dzieci. Efekt Mozarta został nazwany jednym z największych mitów psychologii. Mimo to, dzięki potędze mediów, w świadomości społeczeństwa wciąż tkwi, że muzyka Mozarta = inteligentne dziecko. Warto wiedzieć, że to tylko mit.
Czy zatem wyrzucamy wszystkie płyty z muzyką klasyczną, bo są bezużyteczne? Zdecydowanie nie. Mimo, że Mozart nie jest w stanie zarazić nas swoją inteligencją poprzez muzykę, sam, bez dwóch zdań, był geniuszem i zasługuje na chwilę uwagi. Podobnie jak Wasze dzieci zasługują na to, by poszerzać ich horyzonty również o muzykę klasyczną. Jeśli jednak Mozart nie pomaga Wam się wyciszyć w ciąży, to możecie z czystym sumieniem nacisnąć "off" na odtwarzaczu. Wasze dziecko na tym nie ucierpi.