Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PoGodzinach. Pokaż wszystkie posty

Farmaceuto, miej sumienie...

Jest około godziny 13. Do apteki wchodzi chłopak, podaje receptę i zaczyna nas prosić, dosłownie błagać, żebyśmy zrobiły mu ten lek r...



Jest około godziny 13. Do apteki wchodzi chłopak, podaje receptę i zaczyna nas prosić, dosłownie błagać, żebyśmy zrobiły mu ten lek recepturowy. Recepta świeżo wypisana, od kardiologa z kliniki w mieście wojewódzkim, dla niemowlaka. My przyglądamy się recepcie, a młody tata zaczyna opowiadać. Że właśnie wrócili ze szpitala, że jego 2-miesięczna córeczka będzie musiała być operowana, że ta wieść spadła na nich jak grom z jasnego nieba. Że nie wiadomo, co będzie dalej... I że ten lek córka ma brać w ramach przygotowania do operacji. I, że nikt nie chce mu go zrobić... Opowiada, że chodzi od apteki do apteki i wszędzie mu odmawiają, odsyłają z kwitkiem. Że on już chciałby być przy dziecku, a nie jest w stanie zapewnić mu leku, którego ono potrzebuje. Przyjmujemy receptę do realizacji, zaczynam sprawdzać stany składników, żeby ustalić na kiedy lek może być gotowy, dopytuję na kiedy go potrzebuje, czy aby na pewno na jutro będzie dobrze i wtedy uderza mnie myśl: "Jak można było odesłać tego człowieka i odmówić mu wykonania leku? Jakim trzeba być człowiekiem, żeby to zrobić? Jak to możliwe, że moi koledzy po fachu widząc wystraszonego ojca, który potrzebuje lek dla swojej maleńkiej chorej córeczki, tak po prostu mu odmawiają?". I najgorsze, że chyba znam odpowiedź na te pytania. I wcale mi się ona nie podoba...

Kończymy trudne studia, zdajemy masę egzaminów, bronimy pracę magisterską, by wreszcie stanąć za okienkiem i... zostać sprzedawcą. Niestety, obecnie właśnie tak wiele osób postrzega farmaceutów. Zawód, który kiedyś cieszył się szacunkiem, obecnie ma go coraz mniej. I można w tym miejscu szukać winnych takiego stanu i zapewne znalazłabym ich wielu, ale nie to chciałam dzisiaj analizować. Przy okazji sytuacji, którą Wam opisałam, zaczęłam zastanawiać się w jakim stopniu to także wina samych farmaceutów. Bo jakie zdanie ma mieć o aptekarzu taki pacjent odesłany z kwitkiem? Co pomyśli, gdy zda sobie sprawę z tego, dlaczego w innej aptece nie chcieli wykonać mu przepisanego leku? Domyślacie się już dlaczego nie chcieli? No cóż... Proszki dzielone dla dziecka to sporo roboty. Ważenie, mieszanie, sypanie, ważenie, sypanie i tak 40 razy, z dokładnością do 3 miejsca po przecinku. Co najmniej godzina spędzona w recepturze na robieniu jednego leku. Jednego leku za 20 zł. Podczas, gdy można by w tym czasie przy okienku sprzedać leki za co najmniej 10 razy taką kwotę i nie napracować się przy tym tak, jak przy leku robionym. Tak więc lenistwo, chęć większego zarobku czy może dwa w jednym? Zdecydujcie sami jak to interpretować. Na pewno o odmowie nie przesądził brak sprzętu, bo potrzebny jest tylko moździerz i waga, a te są obecne w każdej aptece. Może powstrzymał ich fakt, że są duże szanse, że pozostała część niewykorzystanego leku się przeterminuje? A to daje przecież straty... jakichś 3 zł w tym wypadku. Jak położyć na szali z jednej strony nieduży zarobek, więcej pracy i perspektywę utraty 3zł, a z drugiej życie dziecka, to co należy wybrać? Dla mnie wybór był oczywisty i dziwi i oburza mnie, że innym brak serca, odrobiny empatii dla pacjenta, który przychodzi przecież nie do sklepu, ale do apteki i liczy na pomoc.

Pewnie część z Was (znających pracę farmaceuty od podszewki) powie, że to przez sieciówki, przez wymagania pracodawców, przez tabelki... A ja sądzę, że to zależy od człowieka. Że nawet pracując w sieciówce, nie trzeba zatracać siebie. Prawda jest taka, że większość aptek w moim mieście jest właśnie w rękach farmaceutów i to tam odmówiono wykonania leku. Ja pracuję w jednej z największych sieciówek i nie przeszkodziło mi to być farmaceutą, pamiętać po co i dlaczego kończyłam studia i przede wszystkim, być człowiekiem dla drugiego człowieka. Ta naklejka "Wykonujemy leki recepturowe" nie wisi w naszej aptece tylko na ozdobę i nikt z szefostwa nie będzie miał do mnie pretensji o to, że poświęciłam swój czas na recepturę. Nie barykaduję się przy okienku, żeby tylko zrealizować cel sprzedażowy, ale jestem tam dla pacjenta i odpowiadam na jego potrzeby. I jestem z siebie dumna, bo nie zatraciłam siebie.

Dziś wyszłam z pracy z poczuciem spełnienia i świadomością, że zrobiłam coś dobrego, coś czego mnie uczono i co sprawia mi satysfakcję. Może trochę boli mnie kręgosłup od schylania się nad wagą, może nie dostanę za tę pracę premii, ale najlepszą premią dla mnie będzie świadomość, że może dzisiaj rodzice tej małej dziewczynki będą spać spokojniej, bo mają lek dla swojego dziecka. I o to apeluję do wszystkich moich kolegów i koleżanek po fachu- nie bądźcie tylko sprzedawcami, bądźcie farmaceutami i ludźmi z odrobiną empatii!

Jak wybrać dobre serum do twarzy z witaminą C?

W ostatnich dniach naszła mnie chęć na wypróbowanie nowego kosmetyku ,w formie, której jeszcze nie stosowałam, czyli serum. Mój wybór pa...


W ostatnich dniach naszła mnie chęć na wypróbowanie nowego kosmetyku ,w formie, której jeszcze nie stosowałam, czyli serum. Mój wybór padł na serum z witaminą C. To niewiele zawężyło obszar poszukiwań, bo, jak pewnie wiecie, witamina C jest teraz bardzo modna. Postawiłam mu więc wysokie wymagania i oczywiście okazało się, że ich spełnienie i zmieszczenie się w budżecie przeciętnego Kowalskiego (i to przed świętami) nie jest łatwe. Dlatego też doszłam do wniosku, że jak już wydawać pieniądze to nie w ciemno i poświęciłam trochę czasu na research. Udało mi się dojść do pewnych wniosków, którymi teraz chcę się z Wami podzielić. Mam nadzieję, że pomogą Wam one wybrać, jeśli nie idealne, to chociaż dobre serum z witaminą C i będziecie wiedzieć czym się kierować przy wyborze kosmetyku dla siebie. Bo na pewno nie tym, żeby witamina C była lewoskrętna ;)

Dlaczego warto wybrać kosmetyk z witaminą C?


Na początek, o tym dlaczego akurat witamina C. Jakie korzyści może nam ona przynieść?

- jest bardzo silnym przeciwutleniaczem, a więc chroni komórki przed wolnymi rodnikami

- bierze udział w procesach syntezy kolagenu, a jednocześnie zmniejsza jego degradację, a to oznacza w skrócie: mniej zmarszczek

- ma działanie rozjaśniające i wyrównujące koloryt skóry, działa depigmentacyjnie. Pomaga pozbyć się przebarwień np. potrądzikowych lub powstałych w ciąży

- ma działanie przeciwzapalne, a więc może być pomocna przy leczeniu stanów zapalnych np. trądziku

- jako antyutleniacz zapobiega utlenianiu się łoju i zatykaniu porów, co również może być pomocne w walce z niedoskonałościami skóry

Z tych właśnie powodów serum z witaminą C (albo krem, jeśli ktoś woli taką formę) wydaje mi się rozwiązaniem idealnym dla kobiet, które już pożegnały się z wiekiem nastoletnim i szukają kosmetyków zapewniających skuteczną ochronę przeciwzmarszczkową, a jednocześnie, jak na złość, nie pożegnały się z tendencją do tworzenia się wyprysków. Czyli dla takich jak ja. I myślę, że nie ja jedna mam ten problem.

Na co zwrócić uwagę wybierając serum z witaminą C?


Ta niepozorna witaminka lubi narobić wokół siebie trochę zamieszania. W kosmetykach nie jest inaczej. Również sprawia problemy. Pierwszym, najważniejszym z nich jest TRWAŁOŚĆ. Witamina C niestety nie jest związkiem stabilnym i trwałym. Bardzo łatwo ulega rozkładowi i jedyne co do tego potrzebuje to tlen i światło. Czyli praktycznie wystarczy, że otworzymy opakowanie naszego super drogiego serum z witaminą C, a już nam ona zaczyna uciekać. Bad news. Żeby trochę temu zapobiec większość tego typu kosmetyków pakowana jest w buteleczki z ciemnego szkła. Jeśli znajdziecie jakieś w przezroczystej, to możecie od razu z niego zrezygnować.
Kwas L-askorbinowy, czyli witamina C jest najmniej trwała. Tak więc, jeśli producent chwali się, że jego produkt zawiera czystą witaminę C, lewoskrętną czy cokolwiek w tym stylu, to pamiętajcie, że tak naprawdę to wcale nie zaleta. To po prostu najtańsze rozwiązanie. Niestabilna wit.C po otwarciu zaczyna się rozkładać. Po miesiącu od otwarcia opakowania jej stężenie maleje o połowę. Po kilku tygodniach tak naprawdę serum może nam zmienić kolor i stracić jakiekolwiek właściwości.
Są też dużo bardziej stabilne formy, którymi są estry palmitynianowe kwasu askorbionwego, fosforan askorbylu i glikozyd askorbylowy. Z tych trzech form celowałabym w estry, gdyż glikozydy są droższe w produkcji i cena szybuje w górę, zaś fosforan jest słabo wchłaniany. Istnieje również tetraizopalmitynian askorbylu, którego stabilność wynosi podobno ponad rok.
Dodatkowo kosmetyki z wit. C mogą być wzbogacane przeciwutleniaczami, które będą zwiększać ich trwałość. Nie muszą to być sztuczne przeciwutleniacze, ale np. olejki roślinne o takich właściwościach, które dodatkowo będą miały pozytywny wpływ na naszą cerę.

Kolejny problem, który stwarza nam witamina C w kosmetykach to PRZENIKANIE, czyli wchłanianie do głębszych warstw skóry. Aby uzyskać optymalny efekt, korzystne byłoby, żeby serum nie działało tylko na zewnętrzną warstwę skóry, ale przenikało głębiej. Niestety witamina C jest witaminą rozpuszczalną w wodzie, a co za tym idzie, trudno przechodzi przez lipidowe warstwy naskórka. Tutaj również przewagę zyskują estry, które są lepiej rozpuszczalne w tłuszczach i łatwiej przenikają w głąb skóry. Wśród nich przoduje tetraizopalmitynian askorbylu, który przenikalność ma na tyle dobrą, że jest efektywny już w stężeniu 1-3%, podczas gdy na innych form za optymalne stężenie przyjmuje się 15%.

KRÓTKI SKŁAD to kolejna rzecz, na którą warto zwrócić uwagę. Chodzi mi oczywiście o substancje pomocnicze. Jest to łatwiejsze do osiągnięcia właśnie w przypadku serum, gdyż krem zawsze zawiera więcej składników, niekoniecznie o korzystnym wpływie (parabeny, konserwanty etc.). 

Próbując wybrać serum dla siebie przejrzałam kilkanaście składów INCI i kierując się opisanymi wyżej kryteriami, porównałam stosunek jakości do ceny. Mój wybór padł na Mincer Pharma Vita C Infusion. Warto poszukać go w promocji, bo rozstrzał cenowy jest dość spory, ale cena ogólnie czyni go osiągalnym. Tutaj możecie sprawdzić: klik.
Jego skład prezentuje się następująco:


Jak widzicie mamy tu wysoko w składzie stabilną i dobrze przenikającą formę wit.C, bogactwo olejków i nie ma praktycznie żadnych zbędnych składników. Mam nadzieję, że mnie nie rozczaruje, bo wygląda naprawdę obiecująco.

A Wy macie jakieś swoje ulubione kosmetyki z witaminą C?

Pomysł na biznes ;)

Uwaga! Odstąpię POMYSŁ NA BIZNES. Sama nie spełniam wymagań dodatkowych. WYMAGANIA PODSTAWOWE: lekkie pióro i zdolność do przekonywani...

Uwaga! Odstąpię POMYSŁ NA BIZNES. Sama nie spełniam wymagań dodatkowych.



WYMAGANIA PODSTAWOWE: lekkie pióro i zdolność do przekonywania

PLAN DZIAŁANIA: Należy znaleźć substancję lub roślinę nie wywołującą dużych działań niepożądanych, przynajmniej takich ostrych, które można łatwo z nią powiązać. Następnie należy wymyślić jej wszechstronne cudowne właściwości. Nie można przy tym zapomnieć, że obowiązkowo musi podnosić odporność, odkwaszać organizm i leczyć raka. Jak do tego będzie jeszcze odchudzała i oczyszczała z metali ciężkich to sukces murowany. Ale spokojnie, wcale nie musi tak działać. W końcu nie będziemy wprowadzać jej jako lek, nie potrzebujemy badań. Wystarczy napisać mądrze brzmiący artykuł, w którym będziemy przekonywać czytelnika, że tak właśnie działa. Jeśli chodzi o źródła to mamy dwa wyjścia- albo podajemy bliźniacze strony tak samo "wiarygodne" jak my sami albo znajdujemy jakieś badania na zbliżony temat. Nie muszą potwierdzać naszych tez, wystarczy że zawierają kluczowe słowa i nie są po polsku. 90% czytelników i tak do nich nie zajrzy. Dla kreatywniejszych jest też możliwość przeinaczania faktów. Potem zaczynamy promocję. I tu obowiązkowo trzeba pamiętać, że należy podkreślić, że to ukrywana terapia, że lekarze Ci o niej nie powiedzą, bo byś wyzdrowiał, a to nie w ich interesie. Można też dodać co nieco o lobby medycznym czy też big pharmie. Grunt żeby powiało teorią spiskową i żeby czytelnik poczuł się wyjątkowo, że dowiedział sie o tym skrywanym sekrecie. Następnie podrzucić temat zwolennikom altmedu i voila- sukces strony murowany. Sekrety i ukryte terapie przenoszą się najszybciej. Dla umocnienia swojej pozycji możemy jeszcze napisać książkę. W końcu to wolny kraj, każdy może napisać co zechce, niezależnie czy jest lekarzem, inżynierem, piłkarzem czy cieślą. Grunt, żeby potrafić przekonać, że wie się lepiej. Jak już strona odniesie sukces, przystępujemy obowiązkowo do drugiej części planu. Tworzymy przy niej sklep internetowy. I tam sprzedajemy opisane przez nas remedia na całe zło. Cena nie gra roli, bo przecież na zdrowie nie będą żałować. Zwłaszcza na takie tajne terapie, których udało im się dostąpić.Potem juz tylko liczymy pieniążki wpływające na konto, pilnując żeby nie wypaść z roli tego, co to zbawia świat i chroni przed łaknącą pieniędzy big pharmą.

WYMAGANIA DODATKOWE: umiejętność manipulacji i brak sumienia

Ja tych ostatnich wymagań nie spełniam, ale już pełno ludzi odnosi w tej branży sukcesy, więc może chcecie spróbować? ;) :P

Krótka historia o tym jak wrobiono niemowlaki w słuchanie Mozarta

Czy zetknęłyście się kiedyś ze stwierdzeniem, że będąc w ciąży powinnyście słuchać Mozarta? I że powinno się go puszczać dzieciom od na...


Czy zetknęłyście się kiedyś ze stwierdzeniem, że będąc w ciąży powinnyście słuchać Mozarta? I że powinno się go puszczać dzieciom od najmłodszych lat, a w zasadzie miesięcy? Bo ja słyszałam o tym nie raz. Mówi się, że muzyka Mozarta podnosi inteligencję, zwiększa zdolności poznawcze. Że jak się płód nasłucha utworów tegoż kompozytora, to potem wyrośnie z niego mądre dziecko. Będzie inteligentniejsze i będzie się szybciej uczyć. No fenomen po prostu. Fenomen ten nazwano efektem Mozarta.
Efekt Mozarta miał w swój początek w badaniu przeprowadzonym w 1993 roku przez panią Rauscher i jej współpracowników. Podczas tego eksperymentu przebadano grupę studentów, których podzielono na trzy podgrupy, z których jedna słuchała jednej z sonat Mozarta, druga muzyki relaksacyjnej, a trzecia niczego. Wszystkich poddano testowi na inteligencję, którego wynik pokazał, że słuchający Mozarta wykazują krótkotrwały wzrost IQ o 8-9 punktów. Wyniki tego badania ukazały się w znanym piśmie Nature i zostały szybko podchwycone przez media. To jedno badanie stało się motorem do tworzenia kolejnych legend. Wywołało falę artykułów nawołujących do puszczania Mozarta dzieciom, a potem również do słuchania go w ciąży. W końcu już każdy wiedział, że Mozart dobrze wpływa na rozwój mózgu i przy nim szybciej rosną neurony ;) Tylko naukowcy nie uwierzyli na słowo i próbowali powtórzyć badanie i uzyskać podobne wyniki. Niestety bez skutku. Badania nad efektem Mozarta trwały przez następnych kilkanaście lat i zostały zwieńczone metaanalizą w 2010 roku, w której to autorzy analizując wszystkie przeprowadzone badania wykazali, że coś takiego jak efekt Mozarta nie istnieje. Nigdy nie udało się dowieść, by słuchanie muzyki tego kompozytora miało jakikolwiek wpływ na inteligencję czy zdolności poznawcze dzieci. Efekt Mozarta został nazwany jednym z największych mitów psychologii. Mimo to, dzięki potędze mediów, w świadomości społeczeństwa wciąż tkwi, że muzyka Mozarta = inteligentne dziecko. Warto wiedzieć, że to tylko mit.
Czy zatem wyrzucamy wszystkie płyty z muzyką klasyczną, bo są bezużyteczne? Zdecydowanie nie. Mimo, że Mozart nie jest w stanie zarazić nas swoją inteligencją poprzez muzykę, sam, bez dwóch zdań, był geniuszem i zasługuje na chwilę uwagi. Podobnie jak Wasze dzieci zasługują na to, by poszerzać ich horyzonty również o muzykę klasyczną. Jeśli jednak Mozart nie pomaga Wam się wyciszyć w ciąży, to możecie z czystym sumieniem nacisnąć "off" na odtwarzaczu. Wasze dziecko na tym nie ucierpi.

Pierwsze urodziny bloga

Moi drodzy! Właśnie mija rok odkąd na blogu pojawił się pierwszy post i odkąd zaczęłam moją przygodę z blogowaniem. Muszę przyznać, że p...




Moi drodzy! Właśnie mija rok odkąd na blogu pojawił się pierwszy post i odkąd zaczęłam moją przygodę z blogowaniem. Muszę przyznać, że przeszłam długą drogę i dużo się nauczyłam, a na pewno jeszcze wiele przede mną, jeśli wystarczy mi sił i czasu,by tę przygodę kontynuować. Dzięki tej stronie pierwszy raz zdarzyło mi się grzebać w HTMLu, założyłam konta na instagramie, pintereście, twitterze i poznałam Google+. Dowiedziałam się też co nieco o funkcjonowaniu blogosfery, o której kiedyś nie miałam zielonego pojęcia. Jednym słowem: dzięki temu blogowi poszerzyłam swoje horyzonty. Jest on dla mnie również motywacją do samorozwoju, drążenia wielu tematów i poszerzania wiedzy zawodowej, gdyż nigdy nie piszę dla Was o niczym, czego nie jestem pewna i czego najpierw nie sprawdzę w obiektywnych i pewnych źródłach. Mam nadzieję, że tak jak mnie przynosi wiele radości pisanie tego bloga, tak i Wam sprawia przyjemność jego czytanie i że jest dla Was pomocny. W końcu z tą myślą został stworzony!


A teraz odrobinkę urodzinowych podsumowań:

* Od powstania bloga odwiedziliście go ok. 70 000 razy.

* Największa ilość z Was trafia do mnie z facebooka i z Google. Tych, którzy jeszcze nie polubili strony Apteki małego człowieka na facebooku, gorąco do tego zachęcam, gdyż dzięki temu możecie być zawsze na bieżąco z nowymi wpisami, a także znajdziecie tam inne ciekawe rzeczy, które tutaj nie trafiają. Na bieżąco informacje o nowych wpisach pojawiają się też na instagramie i pintereście, więc jeśli wolicie te media to tam też jestem.

* Największe zainteresowanie budziły wśród Was wpisy:

Zdrowie sprzedawane na kilogramy, czyli jak to naprawdę jest z lewoskrętną witaminą C
 
Cała prawda o saszetkach na przeziębienie
 
Ibuprofen dla juniora, czyli jak sięgnąć do kieszeni rodzica

* Wśród wpisów dotyczących typowo zdrowia dziecka przodował temat inhalacji 

* W dziale "Po godzinach" najciekawszy okazał się post: 6 akcesoriów dla dzieci, które przydały mi się najbardziej.

Na koniec chciałam Wam podziękować za to, że jesteście i czytacie. Każdy like i miły komentarz jest dla mnie motywacją do dalszej pracy. Pamiętajcie też, że zawsze jestem otwarta na Wasze pytania i propozycje tematów na kolejne wpisy. Jeśli jest coś o czym chcielibyście przeczytać, a co jeszcze nie znalazło się na blogu, piszcie śmiało.

Pozdrawiam
Far Minka

Najlepsze zakupy dla dzieci na Aliexpress

Każda z nas wie, że małe (ale i te większe) zakupy są świetnym sposobem na poprawę humoru. Nie zawsze jednak mamy czas i chęci na buszowanie...

Każda z nas wie, że małe (ale i te większe) zakupy są świetnym sposobem na poprawę humoru. Nie zawsze jednak mamy czas i chęci na buszowanie po galeriach handlowych. Na szczęście w dobie internetu to nie problem, bo praktycznie wszystko można już zamówić z dostawą do domu. A kto poznał już aliexpress, ten często zagląda do skrzynki w poszukiwaniu paczuszek lub awizo. Mówią, że to uzależnia i chyba coś w tym jest ;)
Dla tych, którzy jeszcze portalu nie znają, wyjaśniam- jest to chiński odpowiednik naszego Allegro, ale nawet lepiej zorganizowany. Odkąd zaczęłam robić tam zakupy, wielu funkcji bardzo mi brakuje podczas korzystania z naszego serwisu aukcyjnego. Po pierwsze komentarze, czyli feedback na Aliexpress dotyczą konkretnego produktu i możemy dowiedzieć się z nich bardzo praktycznych rzeczy np. na temat jakości, rozmiarówki, a nawet zobaczyć prawdziwe zdjęcia od kupujących. Po drugie, mamy w zasadzie gwarancję satysfakcji. Jeśli nie dostaniemy towaru, dostajemy zwrot pieniędzy. Jeśli towar jest kiepski jakościowo, różni się od tego, który zamawialiśmy, ma jakąś wadę, również otrzymujemy częściowy lub pełny zwrot pieniędzy i nie wymaga to wcale wielkiego zachodu. Po trzecie, ceny. Bardzo wiele produktów dla dzieci sprzedawanych u nas, tak naprawdę pochodzi właśnie z Aliexpress, a mają doliczoną marżę lokalnego sprzedawcy. Po czwarte, darmowa wysyłka w większości przypadków. Jeśli chodzi o wady, to przede wszystkim czas wysyłki. Tu musimy się uzbroić w cierpliwość i zakupy planować z wyprzedzeniem, bo zamówiony towar dociera w optymistycznej wersji po 2 tygodniach, ale zdarza się, że i po 2 miesiącach. Różnie bywa również z jakością, ale od tego właśnie mamy feedbacki, żeby nie kupować w ciemno. A można na Aliexpress znaleźć prawdziwe perełki za grosze. Takimi najbardziej trafionymi zakupami chciałam właśnie się z Wami podzielić.

Moje najlepsze zakupy dla dzieci z Aliexpress



1. Czapki, kaszkiety, kapelusze

Aliexpress jest świetne do zakupu nakryć głowy dla dzieci. Praktycznie z każdego zamówienia byłam bardzo zadowolona.
Mały Człowiek dostał swój pierwszy kaszkiecik. Pasuje na dziecko ok.6-12 miesięcy. Kosztował mnie ok.8 zł.
http://ali.pub/72juv


Starsza Siostra dostała zaś śliczny kapelusz. No naprawdę zakochałam się w nim tak, że nawet szukałam większej wersji dla dorosłych, ale nie znalazłam.

http://ali.pub/hf8ye

To cudeńko nabyłam za ok. 20zł. Idealny na wiek 3-5 lat. W tym roku dla mojej pociechy już za mały, ale leży w szafie, bo szkoda się z nim rozstać ;)

Fajne są też czapki na jesień. Ja wybrałam "I love mom" z barankiem Shaunem. Koszt za sztukę niecałe 8 zł.
http://ali.pub/mtyp2
Nie mogło być inaczej i zimowy zestaw również przyleciał do nas z Ali. Cieplutki komplet na misiu za niecałe 25zł. Również warto.


No dobra, dość czapek. Co jeszcze warto kupić na Aliexpress?

2. Spinki i gumki do włosów

W dziale z ozdobami do włosów można przepaść podobnie jak w tym z biżuterią, a że wysyłka darmowa, to można szaleć. Ja polecam np. te fajne gumki z kokardkami. Ładnie wyglądają, dobrze trzymają włosy, a za zestaw 10 sztuk w różnych kolorach zapłaciłam ok.6 zł.

http://ali.pub/mr93h

Ok, teraz schodzimy już całkiem z głowy. Kolejnym działem obfitującym w perełki jest dział z sukienkami. Jeśli macie w planach wesele lub jakąś inną uroczystość, to warto zawczasu zamówić sukienkę na Aliexpress. Ja tak zrobiłam na urodziny.

3. Sukienka

Sukienka jest śliczna. Na żywo identyczna jak na zdjęciach. W sam raz dla gwiazdy wieczoru ;) A kieszeń nie boli, bo kreacja wyniosła mnie niecałe 30 zł.

http://ali.pub/azhf1


4. Balony

Skoro już jesteśmy w temacie urodzin, to na Aliexpress warto zaopatrzyć się w balony. Wybór jest po prostu ogromny. Są wszystkie możliwe postaci z bajek, ale też balony w kształcie liter i cyferek, a nawet tortu urodzinowego. Mały Człowiek dostał na 1 urodziny balon-tort, który był większy od niego :D Starsza Siostra dostała wtedy taki balon z ulubioną Krainą Lodu.

http://ali.pub/fagx2

Ciężko zarzucić mu, że to chińska tandeta, bo od urodzin minęło 10 miesięcy, a on nadal jest napompowany, w nie zmienionym stanie. Nie możemy się nadziwić, że tyle wytrzymał. Naprawdę dobrze zainwestowane 3 zł :D

5. Lalka

Wiecie, że nawet Mikołajowi podpowiedziałam żeby zajrzał na Ali? Za moją namową przyniósł pluszową Annę z Krainy Lodu. Śliczna. Gdy Wam to piszę, śpi właśnie w łóżku ze swoją właścicielką :)

http://ali.pub/04f3i


6. Kurtka na zimę

Kolejna rzecz, która w Polsce potrafi kosztować zawrotne sumy, a na Aliexpress możemy dostać ładną, oryginalną i za pół ceny. Poprzednią zimę Starsza Siostra przechodziła w takiej z Myszką Minnie i byłyśmy z niej obie zadowolone :)

http://ali.pub/8gred

Nie jestem jeszcze aliholiczką, więc na tym na razie zamykam listę najlepszych wypróbowanych produktów dla dzieci z Aliexpress. Jeśli moje zakupy Wam się spodobały i chcielibyście też takie zakupić, to po kliknięciu na zdjęcie traficie na aukcje tych przedmiotów. Teraz czas szykowania wyprawek do szkoły, więc ja pewnie również zajrzę na Ali w poszukiwaniu jakichś fajnych gadżetów. Kliknęłam już personalizowane naklejki na zeszyty itp.  A może Wy też znalazłyście coś godnego uwagi?



Jak rozpoznać dobrego tatę?

G

G

6 akcesoriów dla dzieci, które przydały mi się najbardziej

Postanowiłam sięgnąć wstecz pamięcią i podsumować, które rzeczy/gadżety/akcesoria przydały mi się najbardziej przy dzieciach. Nie będę tu pi...

Postanowiłam sięgnąć wstecz pamięcią i podsumować, które rzeczy/gadżety/akcesoria przydały mi się najbardziej przy dzieciach. Nie będę tu pisać o oczywistych rzeczach, które muszą się znaleźć w każdej wyprawce, typu ubranka i kosmetyki, ale o tych, na które decydujemy się dodatkowo, ale które, moim zdaniem, jako podwójnej mamy, warto kupić. Wybrałam 6 takich akcesoriów. Oto one (kolejność opisywania przypadkowa, gdyż wszystkie były przydatne, w zależności od sytuacji):

1. Rogal do karmienia - był szczególnie zbawienny przy starszej córce, która urodziła się malutka i bardzo niewygodnie było mi ją karmić bez niego. Nie rozstawałam się z nim na krok. Przy młodszym, wyjściowo kilogram większym od siostry, było mi już nieco łatwiej, ale wciąż uważam, że w to ułatwienie warto zainwestować. Szczególnie przydaje się mamom z mniejszym biustem, gdzie raczej nie da rady podstawiać piersi bez zginania się. Poduszka rozwiązuje problem bolącego przy długim karmieniu kręgosłupa czy cierpnących od trzymania dziecka rąk. Po prostu kładziemy ją na kolana, na nią maluszka i gotowe :) Warto zwrócić uwagę, by miała solidne, nie zbijające się i nie zapadające wypełnienie, bo inaczej po pewnym czasie przestanie spełniać swoją funkcję. Ja dostałam swoją w spadku po kuzynce (dzięki Kasia :*), ale coś podobnego znajdziecie tutaj

http://www.ceneo.pl/26038083#crid=75848&pid=10102
źródło: ceneo.pl

2. Huśtawka / bujaczek - dla każdego niemowlaka przychodzi taki moment, że leżenie w łóżeczku i patrzenie w sufit staje się zbyt nudne. Przychodzi on szybciej niż byśmy się spodziewali. Dziecko chce być tam gdzie mama, widzieć co ona robi i obserwować świat nie zza szczebelków swojego łóżeczka. Wtedy z pomocą przychodzi nam leżaczek lub huśtawka, którą można zabrać ze sobą do każdego pomieszczenia i bezpiecznie położyć w nim dziecko, kiedy na przykład gotujemy obiad, wieszamy pranie czy nawet bierzemy prysznic. Kto miał do czynienia z High Need Baby, wie jak czasem ciężko wygospodarować tę chwilę, żeby zrobić cokolwiek koło siebie ;) Jeśli dodatkowo wybierzemy huśtawkę zamiast leżaczka, to będziemy mogli skorzystać z uspakajającego bujania bez ruszania ręką (no dobra, trzeba się najpierw ruszyć i wcisnąć jeden przycisk, ale potem już laba ;) ). Przy wyborze warto zwrócić uwagę, by huśtawka miała pięciopunktowe pasy i bezwzględnie pamiętać o ich zapinaniu, bo w innym wypadku dziecko może wypaść. 
My mieliśmy huśtawkę firmy Bright Starts z motywem ślimaczka i biedronki. Obecnie służy już trzeciemu dziecku, bez najmniejszych awarii i wcale nie widać po niej, że ma już te 6 lat ;)

http://www.ceneo.pl/31078663#crid=75853&pid=10102
źródło: ceneo.pl

 3. Suszarka - to może nie do końca gadżet dla dziecka, ale prawda jest taka, że odkąd Mały Człowiek przyszedł na świat, to on używał jej częściej niż ja :D Chodzi tu oczywiście o biały szum, o którym już pewnie słyszeliście (a może nie?). Starsza Siostra była zupełnie odporna na wszelkie szumy, więc zupełnie nie rozumiałam wtedy o co to wielkie halo z suszarką i białym szumem. Zrozumiałam, kiedy na świat przyszedł No.2 i odtąd suszarka stała się naszym najlepszym przyjacielem. Można ją też zastąpić szumem odtwarzanym z telefonu, o ile dziecko da się nabrać. Nasze nie dawało :P Dopiero po kilku miesiącach nauczyliśmy go tej bardziej ekonomicznej dla nas wersji z nagraniem. Póki nie dawał się oszukać podróbką, zdarzało się, że musieliśmy kreatywnie używać okapu w kuchni bądź farelki z wyłączonym grzaniem :D Dlatego suszarka to mój "must have" ;) Teraz jest też nowy wynalazek, czyli miś-szumiś, ale nie testowałam, więc się nie wypowiadam.






 4. Bidon ze słomką - jedyna forma podawania picia, którą akceptowały moje dzieci. Oboje zgodnie wzgardzili niekapkami, kubkiem Lovi, młodszy również butelką, więc u nas na spacer tylko i wyłącznie bidon ze słomką. Kilka miesięcy temu dostaliśmy bidon Primamma 2w1 i jego gorąco polecam, bo polubiliśmy się z nim bardzo. Więcej o nim pisałam tutaj.

http://www.ceneo.pl/31747607#crid=75666&pid=10102


A teraz dwa produkty z apteki, które zagościły na dobre w naszym domu:

5. Inhalator - z doświadczenia widzę, że zazwyczaj przydaje się już w pierwszym roku życia, zwłaszcza jeśli dziecko jest alergikiem lub ma starsze rodzeństwo. Myślę, że warto pomyśleć o nim już za wczasu, żeby potem w razie choroby nie kupować na szybko byle czego, bo nie zawsze w aptece jest duży wybór takich sprzętów. O tym jak wybrać dobry inhalator pisałam tutaj, zaś więcej o inhalacjach dowiecie się stąd. Osobiście mam inhalator taki jak na obrazku i nie mam do niego żadnych zastrzeżeń. Dodatkowo sprzedawany jest z fajnym akcesorium o nazwie Rino Shower, które można wykorzystać przy katarze i do oczyszczania zatok :) Cena, jak za zestaw, też nie jest najgorsza. Sprawdźcie sami np. tu


http://www.ceneo.pl/38215985#crid=75867&pid=10102
źródło: ceneo.pl



6. BLF 100 - Nie akcesorium, ani też gadżet, ale preparat, którego jakoś nie potrafię się pozbyć ze swojej apteczki :D Dlatego też, z racji specyfiki mojego bloga, pozwoliłam sobie umieścić go na tej liście. Rzadko kiedy zdarza mi się być tak zadowoloną z działania jakiegoś preparatu dostępnego bez recepty. Polecam go wszystkim mającym problem z chorowitymi dziećmi. Dlaczego, pisałam już w poście o laktoferynie. Obecnie używam go doraźnie, kiedy ktoś z domowników jest chory, żeby uchronić dzieci od zachorowania lub zaraz przy pierwszych objawach przeziębienia i dzięki niemu przechodzi ono szybko i bez powikłań. Zdecydowanie lepszy niż srebro koloidalne :P Niestety firma Bayer, która obecnie jest importerem tego preparatu, nie zapłaciła mi za tę promocję, gdyby ktoś miał jakieś wątpliwości :P Może chociaż przyśle mi kilka opakowań w ramach wdzięczności? ;) Bo cena niestety nie jest mała. Warto też szukać promocji, bo rozbieżność potrafi być bardzo duża: http://www.ceneo.pl/25761507#crid=75874&pid=10102



6 dowodów na to, że warto się wybrać na wakacje z dziećmi przed sezonem

Zawsze w moich wpisach główną rolę odgrywa tekst. Dzisiaj, w ramach leniwego powrotu z urlopu, wpis obrazkowy. Kiedy człowiek ma małe dziec...

Zawsze w moich wpisach główną rolę odgrywa tekst. Dzisiaj, w ramach leniwego powrotu z urlopu, wpis obrazkowy.
Kiedy człowiek ma małe dzieci, narażony jest przewlekle na hałas, bałagan, krzyki i ogólny chaos. Dlatego też wypoczynek w kurorcie w środku sezonu może być nie do końca tym, czego tak naprawdę potrzebuje. Rozwiązaniem może okazać się wybranie na wakacje przed sezonem. Pusta plaża, słońce, piasek i pełen relaks. Żeby całkiem się nie rozleniwić, od czasu do czasu wycieczka. My wybraliśmy ZOO. A oto moje dowody na to, że warto się wybrać na "wakacje" z dziećmi przed sezonem, nawet już w maju. Skrót naszego ostatniego tygodnia :)










Na co wykorzystałabym dodatkową godzinę dziennie?

Zastanawialiście się kiedyś co byście zrobili gdybyście mieli dodatkową godzinę dla siebie co dzień? Mnie taka refleksja zastała akurat w pr...

Zastanawialiście się kiedyś co byście zrobili gdybyście mieli dodatkową godzinę dla siebie co dzień? Mnie taka refleksja zastała akurat w pracy i to nie w byle jaki dzień, a właśnie wtedy kiedy siedzę w niej 12 godzin. Wyjątkowo dużo czasu do rozmyślań, prawda? Zwłaszcza, kiedy potencjalni pacjenci wolą korzystać ze słonecznej pogody niż odwiedzać aptekę ;)


Póki nie zadałam sobie tego pytania, nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile jeszcze rzeczy chciałabym zrobić i na ile brakuje mi czasu. A może udawałam sama przed sobą, że nie zdaję sobie z tego sprawy? Nie... Już wiem! Po prostu byłam tak zajęta, że nie pozwalałam sobie nawet na marzenia o czymś takim jak #CzasNaMojąChwilę. No, ale skoro już to pytanie padło to czas na brutalne zderzenie z rzeczywistością. Podsumuję na co przeznaczyłabym dodatkową godzinę każdego dnia, gdyby ktoś mi ją wspaniałomyślnie podarował. No cóż, pomarzyć zawsze można ;)
 

25 GODZINA PONIEDZIAŁKU: czas na dobrą książkę, najlepiej czytaną w przyjemnym słoneczku na leżaku we własnym ogródku (jak marzyć, to z rozmachem :D ). Nikt nie lubi poniedziałku, ale może z taką chwilą relaksu nie byłby taki zły?

25 GODZINA WTORKU: dodatkowy czas dla córki - na babskie wyjście, na lody, na plac zabaw, na kino (tylko film musiałby być krótkometrażowy ;) ), na wspólne czytanie, malowanie... Czy mówiłam już, że godzina to zbyt mało? ;)

25 GODZINA ŚRODY: dodatkowy czas dla synka - na spacer, oglądanie każdej mrówki w trawie, zabawę w piasku, kopanie piłki i ... znowu godzina to za mało :D

25 GODZINA CZWARTKU: czas dla męża - tu bym potrzebowała, poza dodatkową godziną, jeszcze opiekunkę do dzieci. Ale mam wymagania, nie? ;) Niemniej miło byłoby mieć czas na spacer we dwoje, długą rozmowę, kolację w restauracji. Taka randka jak za bardzo dawnych czasów, bez przerwy na "mamo siusiu" i tysiąc innych małych problemów, których nawet wymieniać nie muszę, bo żadnej mamie nie są przecież obce.

25 GODZINA PIĄTKU: czas na rozwijanie swoich pasji - tutaj znalazłby się między innymi ten mój mały świat, w którym teraz gościcie. To byłaby godzinka na pisanie bloga. Tak,tak, przygotowanie rzeczowych wpisów to czasochłonna robota, a mimo to naprawdę to lubię! :)

25 GODZINA SOBOTY: czas na rodzinną wycieczkę - żeby zabrać dzieci w ciekawe miejsca, pokazać im kawałek małego świata w najbliższej okolicy (no bo w końcu to nadal godzina- za granicę nie zdążymy ;) ) i po prostu pobyć razem we czwórkę

25 GODZINA NIEDZIELI: czas na sen - tego nie mogło zabraknąć na liście młodej mamy, która właśnie od 10 godzin siedzi w pracy, a jak za 3 godziny wróci do domu to będzie na nią czekać dwójka stęsknionych dzieci, z których jedno nadal nie przesypia całych nocy. Taaak dodatkowa godzina błogiego snu :)

Jak Wam się podoba mój plan? A na co Wy wykorzystalibyście dodatkową godzinę dziennie?