Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty

7 najczęściej popełnianych błędów podczas stosowania antybiotyków

1. Stosowanie antybiotyku na własną rękę Często zdarza się, że w domu zostaje resztka antybiotyku po poprzedniej chorobie albo życz...


1. Stosowanie antybiotyku na własną rękę


Często zdarza się, że w domu zostaje resztka antybiotyku po poprzedniej chorobie albo życzliwa koleżanka użyczy nam lek, który akurat ma w domu. Źródła mogą być różne, ale efekt często bywa ten sam- zaczyna mnie rozkładać choroba, więc wezmę antybiotyk, żeby się bardziej nie rozchorować. Bez konsultacji z lekarzem. Błąd! Nie jesteśmy w stanie sami się zdiagnozować i określić, czy dana choroba wymaga zastosowania antybiotyku czy nie. Ponadto jeden antybiotyk nierówny drugiemu i na różne infekcje wskazane są różne grupy antybiotyków, które działają na określone szczepy bakterii. Najbezpieczniej, jeśli wyboru dokona jednak zaufany lekarz, a nie my sami. Ponadto wiele osób ma alergie na niektóre antybiotyki. Biorąc lek, który z powodzeniem stosowała koleżanka możesz narazić się na poważne zagrożenie zdrowia, a nawet życia, jeśli u Ciebie akurat jest on przeciwwskazany. Ty nie musisz pamiętać nazw handlowych wszystkich odpowiedników leku, na który masz alergię, ale lekarz musi przed wypisaniem recepty sprawdzić, czy możesz dany lek bezpiecznie zażywać.

2. Stosowanie antybiotyku na przeziębienie lub grypę


Antybiotyki to leki przeciwbakteryjne, czyli działają na bakterie, a na wirusy już nie. Tymczasem przeziębienie i grypa to choroby wirusowe. Antybiotykiem ich nie wyleczymy i możemy sobie jedynie zaszkodzić.

3. Wcześniejsze zakończenie terapii


Lekarz zleca nam 7 dni kuracji antybiotykowej. Tymczasem już po 2 dniach widzimy poprawę, więc co robimy? Odstawiamy lek. Błąd! Po zastosowaniu antybiotyku objawy choroby mogą ustąpić dość szybko, ale nie znaczy to, że została ona już całkiem wyleczona. Kurację trzeba skończyć, aby "wybić" wszystkie bakterie i nie nabawić się nawrotu choroby i to w dodatku oporniejszej na leczenie.

4. Nieregularne stosowanie antybiotyku


Weźmy sobie za przykład najczęstsze dawkowanie antybiotyków, czyli 2 razy dziennie. Pierwszą dawkę wzięliśmy rano przed pracą (no chyba że dostąpiliście zaszczytu zwolnienia lekarskiego ;) ), to drugą weźmiemy jakoś wieczorem. Może przy kolacji, a może przed snem. Wszystko jedno. Kiedy się przypomni. Tak? Otóż nie. Antybiotyki powinno przyjmować się regularnie co do godziny, czyli w tym wypadku co 12h. Pierwsza dawka o 7 rano? To druga o 19. Dlaczego? Bo to gwarantuje skuteczność leczenia. Przez ten czas stężenie leku we krwi jest odpowiednie, aby utrzymać jego działanie. Gdy weźmiemy lek zbyt późno, następuje przerwa w działaniu i bakterie mają czas by się namnażać. Tym samym leczenie jest mniej skuteczne. Gdy zaś weźmiemy go zbyt wcześnie, to dawki niepotrzebnie nałożą się na siebie. Takie wahania stężenia leku we krwi zaburzają leczenie i prowadzą do rozwoju oporności bakterii na antybiotyki.

5. Złe przechowywanie


Ten punkt dotyczy antybiotyków dla dzieci. Docelowo mają one postać zawiesiny, którą należy zazwyczaj samemu przygotować. Po przygotowaniu w wielu przypadkach należy przechowywać ją w lodówce. Warto zwrócić na to uwagę.

6. Brak zastosowania probiotyku


Antybiotyki niestety nie potrafią działać wybiórczo i niszczyć tylko bakterii chorobotwórczych. Trafiając do przewodu pokarmowego niszczą również jego pozytywną mikroflorę, co może skutkować biegunkami, wymiotami, bólami brzucha, ale także spadkiem odporności, a nawet, na dłuższą metę, rozwojem alergii. Dlatego warto uzupełniać bakterie probiotyczne, pamiętając jednak o zachowaniu odstępu 2 godzin pomiędzy probiotykiem a antybiotykiem.

7. Interakcje z posiłkami i napojami


Najłatwiej i najlepiej zapamiętać, by wszystkie leki popijać wodą. Dotyczy to nie tylko antybiotyków. Szczególnie unikać trzeba soków owocowych, z naciskiem na sok grejpfrutowy, który potrafi sporo namieszać w przyswajaniu leków. Nie bez znaczenia bywa również jedzenie. Warto zwrócić uwagę, co w tej kwestii zaleca ulotka, gdyż niektóre antybiotyki nie są wchłaniane w obecności pokarmu. Szczególnie dotyczy to pokarmów bogatych w wapń, magnez, żelazo, takich jak m.in. mleko i jego przetwory: jogurty, kefiry itp. Dlatego też taktyka: "dodam dziecku antybiotyk do mleka, żeby chętniej wypiło", może być w wielu przypadkach błędna. Bo cóż z tego, że wypije, skoro lek i tak nie zadziała? Jeśli macie wątpliwości, zerknijcie do ulotki. Tam zawsze uprzedzają o takich interakcjach.

Tabletka 'po'. Skąd te kontrowersje?

Tabletka "po", czyli tabletka awaryjna, którą można zażyć do 5 dni od niezabezpieczonego stosunku, wywołuje obecnie burzę w media...

Tabletka "po", czyli tabletka awaryjna, którą można zażyć do 5 dni od niezabezpieczonego stosunku, wywołuje obecnie burzę w mediach. Wszystko to za sprawą zmieniającego się jej statusu- obecnie można ją kupić bez recepty, a już wkrótce ponownie będzie dostępna tylko na receptę. Przy tej okazji rozgorzała dyskusja, o tym czy jest to tabletka wczesnoporonna i czy kobiety powinny mieć do niej swobodny dostęp. O kwestiach moralnych nie będę tu pisała, bo każdy postępuje w zgodzie z własnym sumieniem, a ja nie zamierzam posługiwać się klauzulą sumienia farmaceuty. Niemniej jednak kilka faktów dotyczących tabletki EllaOne warto przytoczyć, zwłaszcza, że zaglądając do jej ulotki odkryłam, że producent potraktował ją raczej pobieżnie, co w dużej mierze tłumaczy zaistniałą burzę.


Jak działa EllaOne?


Spójrzmy najpierw na informację zawartą w ulotce: "Lek działa poprzez opóźnienie owulacji". W sumie z konkretów to tyle. Więcej informacji spodziewałam się w charakterystyce produktu leczniczego. Tam opisy są dużo bardziej precyzyjne i profesjonalne, więc w dziale "Właściwości farmakologiczne" spodziewałam się znaleźć wszystkie informacje, o których planowałam Wam napisać. Tymczasem okazuje się, że zdanie opisujące jego działanie zostało bardzo sprytne sformułowane tzn. "W przypadku zastosowania jako antykoncepcja w sytuacji nagłej mechanizm działania polega na hamowaniu lub opóźnianiu owulacji poprzez wstrzymanie wyrzutu hormonu luteinizującego (LH)." Niby wszystko się zgadza, bo faktycznie tak działa octan uliprystalu, ale jak przyjrzeć się dokładniej temu zdaniu, to widać jakie może być "ale". A mianowicie chodzi o fragment: "w przypadku zastosowania jako antykoncepcja w sytuacji nagłej". No bo ostatecznie czy lek wie w jakim celu go stosujemy? Nie. Ma ściśle określony mechanizm i działa tak samo, niezależnie od tego czy zażyliśmy go żeby zapobiec "wpadce" czy dlatego że myśleliśmy, że pomoże na ból głowy. Dlatego czepiam się tego sformułowania, bo faktycznie wpływanie na wyrzut hormonu LH jest zarejestrowanym, udowodnionym działaniem zapobiegającym zapłodnieniu. Tabletka zapobiega wyrzutowi LH, co z kolei powstrzymuje owulację do 5 dni, dając tym samym czas plemnikom na obumarcie. Pytanie tylko czy na tym jej działanie się kończy? Otóż nie. Tylko, że mam wrażenie, że resztę producent wolał przemilczeć.


O czym milczy ulotka a dyskutują badacze i lekarze?


EllaOne nie jest lekiem o długiej historii stosowania. Wprowadzono go na rynek w tym zastosowaniu, w tak dużej dawce zaledwie kilka lat temu. Co za tym idzie, nie są poznane zbyt dobrze długofalowe skutki jego stosowania, a także nie ma pełnego obrazu jego skuteczności i bezpieczeństwa. Dlatego też sam producent zachęca do zgłaszania na jego stronie przypadków zajścia w ciążę mimo zastosowania tabletki "po", a także informowania o tym jak się ta ciąża zakończyła. Statystycznie większość kończy się... aborcją. Na 376 ciąży powstałych mimo połknięcia tabletki, jedynie 28 zakończyło się żywym porodem. Jak widzicie nie jest to porażająca liczba, a już na pewno nie dająca statystycznie istotnych wiadomości. Stąd też wciąż nie do końca wiadomo jak wpływa tabletka na rozwijający się, mimo jej zażycia, płód. Bo, że nie daje ona 100% skuteczności to już wiadomo. Oczywiście nie jest zalecana do przyjmowania w trakcie ciąży. Czemu więc niektórzy twierdzą, że jest to tabletka wczesnoporonna? Otóż to nie do końca są bzdury wyssane z palca. Problem tkwi w interpretacji momentu powstania ciąży i dodatkowego działania, które producent w ulotce pominął. Ogólnie przyjmuje się, że ciąża i zarodek powstają w momencie, gdy zapłodniona komórka jajowa zagnieździ się w macicy. ALE dla niektórych już moment połączenia komórki jajowej z plemnikiem jest początkiem nowego życia i zagnieżdżenie tych dzielących się komórek nie jest warunkiem koniecznym. Przyjmując tą interpretację zapewne wiele z Was było w ciąży nie mając o tym nawet pojęcia, gdyż bardzo duży odsetek takich zapłodnionych jajeczek nie zagnieżdża się, a potencjalna przyszła mama nawet nie przypuszcza, że była tak blisko od posiadania potomka. Załóżmy zatem, że tabletka "po" została połknięta wprawdzie szybko po stosunku, ale owulacja nastąpiła wcześniej. Czy zatem mechanizm hamowania LH zadziała i zapobiegnie ciąży? Nie. Dojdzie do zapłodnienia. Czy na tym kończy się działanie EllaOne? Oficjalnie tak, ale tu właśnie powstaje miejsce dla kontrowersji. 

Octan uliprystalu był początkowo, w dużo mniejszych dawkach, stosowany jako środek na mięśniaki macicy. Ma on bowiem wpływ na śluzówkę macicy. I tu dochodzimy do sedna. Aby doszło do powstania ciąży (w tym oficjalnym znaczeniu, czyli wraz z zagnieżdżeniem zarodka), śluzówka macicy musi spełniać odpowiednie warunki i to zagnieżdżenie umożliwić. Tymczasem niektóre substancje powodują, że do tego zagnieżdżenia nie dochodzi. Czy składnik EllaOne jest jedną z nich? Oficjalnie producent nic o tym nie wspomina, jednak wyniki badań prowadzą do podzielonych wniosków. Badanie, które miało sprawdzić wpływ octanu uliprystalu na śluzówkę macicy przeprowadzono bowiem na trzech dawkach: 10, 50 i 100mg. Wykazało ono, że dawki 50 i 100mg powodują zcieńczenie i opóźnienie dojrzewania endometrium, co powoduje, że implantacja zarodka jest utrudniona. Dawka 10mg nie wywoływała takich zmian. I tutaj pojawia się problem w interpretacji, bowiem EllaOne ma dawkę 30mg. Część badaczy twierdzi, że w związku z tym, nie będzie powodowała zmian, podobnie jak dawka 10mg. Druga część zaś twierdzi, że dawka 30mg będzie dawała takie same efekty jak 50mg. Ta faktycznie dostępna dawka niestety nie została przebadana i zdania pozostają podzielone. Jeśli faktycznie takie jest działanie dostępnej dawki, to warto byłoby zawrzeć w ulotce dodatkową informację o zapobieganiu implantacji zarodka. W końcu dla niektórych, ze względów etycznych, może mieć to duże znaczenie. Użycie określenia "tabletka wczesnoporonna" to wciąż zbyt duże słowo względem tego środka, ale można zrozumieć co mają na myśli jej przeciwnicy.


Dodatkowo na niekorzystny wizerunek octanu uliprystalu wpływa też mifepriston, czyli tabletka poronna. Zapytajcie co mają ze sobą wspólnego te dwa "leki"? Mifepriston jest antagonistą receptora progesteronowego. W dużych dawkach działa poronnie, w mniejszych był stosowany podobnie jak EllaOne- jako tabletka "po", ale, zapewne ze względu na to drugie działanie, "nie przyjął się". EllaOne zaś jest nazywana modulatorem receptora progesteronowego, a jej dokładne działanie nie zostało wyjaśnione. Możliwe, że jest antagonistą receptora progesteronowego, co oznaczałoby, że ma taki sam mechanizm działania jak znana tabletka poronna... Możliwe, ale nie pewne, bo może jest zupełnie inaczej. Zasadniczo można uznać, że są to podobne leki. Z tym, że działania większych dawek octanu uliprystalu na istniejącą ciążę nie sprawdzano... 

Na pewno poznanie dokładnego mechanizmu działania tego leku przed wprowadzeniem go do obrotu (i to bez recepty), rozwiałoby wiele wątpliwości i rozgoniło burzę wokół tej jednej tabletki. Szkoda, że takich badań nadal nie ma, a kwestia bliskości "pokrewieństwa" tabletki "po" i tabletki poronnej nadal zostaje pod znakiem zapytania. W końcu, wyniki badań są sprzeczne, dokładny mechanizm nieznany, a dużych dawek nie przebadano pod kątem działania po zapłodnieniu. Może jest tak jak z Viagrą- dawka 25mg dostępna bez recepty, a 100mg na receptę, ale jaki problem zażyć 4 tabletki? Tabletka "po" dostępna w dawce 30mg, a kilka tabletek "po" daje... A może nie daje? Mam nadzieję, że kiedyś się dowiemy...





Źródła:
1. Ulotka leku EllaOne
2. Karta charakterystyki produktu leczniczego EllaOne
3. "Mechanism of action of Ulipristal Acetate for emergency contraception: A systematic review." E.Rosato, M.Farris, C.Bastianelli

Farmaceuto, miej sumienie...

Jest około godziny 13. Do apteki wchodzi chłopak, podaje receptę i zaczyna nas prosić, dosłownie błagać, żebyśmy zrobiły mu ten lek r...



Jest około godziny 13. Do apteki wchodzi chłopak, podaje receptę i zaczyna nas prosić, dosłownie błagać, żebyśmy zrobiły mu ten lek recepturowy. Recepta świeżo wypisana, od kardiologa z kliniki w mieście wojewódzkim, dla niemowlaka. My przyglądamy się recepcie, a młody tata zaczyna opowiadać. Że właśnie wrócili ze szpitala, że jego 2-miesięczna córeczka będzie musiała być operowana, że ta wieść spadła na nich jak grom z jasnego nieba. Że nie wiadomo, co będzie dalej... I że ten lek córka ma brać w ramach przygotowania do operacji. I, że nikt nie chce mu go zrobić... Opowiada, że chodzi od apteki do apteki i wszędzie mu odmawiają, odsyłają z kwitkiem. Że on już chciałby być przy dziecku, a nie jest w stanie zapewnić mu leku, którego ono potrzebuje. Przyjmujemy receptę do realizacji, zaczynam sprawdzać stany składników, żeby ustalić na kiedy lek może być gotowy, dopytuję na kiedy go potrzebuje, czy aby na pewno na jutro będzie dobrze i wtedy uderza mnie myśl: "Jak można było odesłać tego człowieka i odmówić mu wykonania leku? Jakim trzeba być człowiekiem, żeby to zrobić? Jak to możliwe, że moi koledzy po fachu widząc wystraszonego ojca, który potrzebuje lek dla swojej maleńkiej chorej córeczki, tak po prostu mu odmawiają?". I najgorsze, że chyba znam odpowiedź na te pytania. I wcale mi się ona nie podoba...

Kończymy trudne studia, zdajemy masę egzaminów, bronimy pracę magisterską, by wreszcie stanąć za okienkiem i... zostać sprzedawcą. Niestety, obecnie właśnie tak wiele osób postrzega farmaceutów. Zawód, który kiedyś cieszył się szacunkiem, obecnie ma go coraz mniej. I można w tym miejscu szukać winnych takiego stanu i zapewne znalazłabym ich wielu, ale nie to chciałam dzisiaj analizować. Przy okazji sytuacji, którą Wam opisałam, zaczęłam zastanawiać się w jakim stopniu to także wina samych farmaceutów. Bo jakie zdanie ma mieć o aptekarzu taki pacjent odesłany z kwitkiem? Co pomyśli, gdy zda sobie sprawę z tego, dlaczego w innej aptece nie chcieli wykonać mu przepisanego leku? Domyślacie się już dlaczego nie chcieli? No cóż... Proszki dzielone dla dziecka to sporo roboty. Ważenie, mieszanie, sypanie, ważenie, sypanie i tak 40 razy, z dokładnością do 3 miejsca po przecinku. Co najmniej godzina spędzona w recepturze na robieniu jednego leku. Jednego leku za 20 zł. Podczas, gdy można by w tym czasie przy okienku sprzedać leki za co najmniej 10 razy taką kwotę i nie napracować się przy tym tak, jak przy leku robionym. Tak więc lenistwo, chęć większego zarobku czy może dwa w jednym? Zdecydujcie sami jak to interpretować. Na pewno o odmowie nie przesądził brak sprzętu, bo potrzebny jest tylko moździerz i waga, a te są obecne w każdej aptece. Może powstrzymał ich fakt, że są duże szanse, że pozostała część niewykorzystanego leku się przeterminuje? A to daje przecież straty... jakichś 3 zł w tym wypadku. Jak położyć na szali z jednej strony nieduży zarobek, więcej pracy i perspektywę utraty 3zł, a z drugiej życie dziecka, to co należy wybrać? Dla mnie wybór był oczywisty i dziwi i oburza mnie, że innym brak serca, odrobiny empatii dla pacjenta, który przychodzi przecież nie do sklepu, ale do apteki i liczy na pomoc.

Pewnie część z Was (znających pracę farmaceuty od podszewki) powie, że to przez sieciówki, przez wymagania pracodawców, przez tabelki... A ja sądzę, że to zależy od człowieka. Że nawet pracując w sieciówce, nie trzeba zatracać siebie. Prawda jest taka, że większość aptek w moim mieście jest właśnie w rękach farmaceutów i to tam odmówiono wykonania leku. Ja pracuję w jednej z największych sieciówek i nie przeszkodziło mi to być farmaceutą, pamiętać po co i dlaczego kończyłam studia i przede wszystkim, być człowiekiem dla drugiego człowieka. Ta naklejka "Wykonujemy leki recepturowe" nie wisi w naszej aptece tylko na ozdobę i nikt z szefostwa nie będzie miał do mnie pretensji o to, że poświęciłam swój czas na recepturę. Nie barykaduję się przy okienku, żeby tylko zrealizować cel sprzedażowy, ale jestem tam dla pacjenta i odpowiadam na jego potrzeby. I jestem z siebie dumna, bo nie zatraciłam siebie.

Dziś wyszłam z pracy z poczuciem spełnienia i świadomością, że zrobiłam coś dobrego, coś czego mnie uczono i co sprawia mi satysfakcję. Może trochę boli mnie kręgosłup od schylania się nad wagą, może nie dostanę za tę pracę premii, ale najlepszą premią dla mnie będzie świadomość, że może dzisiaj rodzice tej małej dziewczynki będą spać spokojniej, bo mają lek dla swojego dziecka. I o to apeluję do wszystkich moich kolegów i koleżanek po fachu- nie bądźcie tylko sprzedawcami, bądźcie farmaceutami i ludźmi z odrobiną empatii!

Przeziębienie. O czym nie można zapominać?

Pamiętacie może jak w dzieciństwie, gdy złapaliście katar, Wasza babcia zaraz orzekała, że to dlatego, że nie założyliście czapki/podkoszul...

Pamiętacie może jak w dzieciństwie, gdy złapaliście katar, Wasza babcia zaraz orzekała, że to dlatego, że nie założyliście czapki/podkoszulki/ciepłego golfa? Ja nie raz to słyszałam. Wśród starszego pokolenia wciąż pokutuje przekonanie, że przeziębienie bierze się z wyziębienia i że chorujemy dlatego, że nie dbamy o siebie. Myślę, że tak mocno utartego przekonania już nie zmienimy, ale niedawno, czytając pewne forum, ze zgrozą stwierdziłam, że ten mit przeniósł się także na kolejne pokolenia i ewoluował w niebezpieczny sposób. Stąd też dzisiaj poświęcę chwilę chorobie powszechnie nazywanej przeziębieniem.



Przeziębienie jest potoczą nazwą choroby górnych dróg oddechowych objawiającej się nieżytem nosa (katarem), bólem gardła, kaszlem, niekiedy gorączką. Wywołują je WIRUSY, najczęściej te zwane rhinowirusami. Tak więc jest to choroba ZAKAŹNA i nie chorujemy, bo nie założyliśmy czapki, ubraliśmy się zbyt chłodno lub nie dbaliśmy o siebie. Chorujemy, bo ktoś nas zaraził. Bo w pracy, szkole, przedszkolu czy autobusie spotkaliśmy kogoś chorego, kto "sprzedał" nam swojego wirusa. Nie musimy więc robić sobie wyrzutów (bądź ich pokornie wysłuchiwać), dlatego, że nasze dziecko znowu nabawiło się kataru. Wirusoodporni występują tylko w reklamie szczepionki przeciw grypie. Zwykli śmiertelnicy czasem ulegają wirusom i kończą z przeziębieniem. Niezależnie od obecności podkoszulki ;)

Nieprawdą jest również, że przeziębieniem nie zarażamy. Nieprawda, że skoro to "tylko przeziębienie" to można iść odwiedzić koleżankę, która ma w domu noworodka. Nieprawda, że nie stanowimy zagrożenia dla osób o osłabionej odporności. Tak samo, nieprawda, że Wasze przeziębione dziecko, kiedy pójdzie do przedszkola to nie zarazi swoich koleżanek i kolegów. Zarazi. Bo wbrew temu, co mówi Wam jego babcia, to ten katar nie jest dlatego, że nie miało podkoszulki. Jest dlatego, że do organizmu dostał się wirus. Podkoszulki i czapki innych przedszkolaków również nie uchronią ich przed zasmarkanym kolegą, który jest "tylko przeziębiony". Właśnie dzięki takiemu myśleniu, kiedy zaczyna się szkoła/przedszkole setki rodziców myślą sobie: "O nie, znowu zacznie się chorowanie...". I tak niestety jest. Bo zawsze w grupie znajdzie się takie dziecko, które jest "tylko przeziębione" i przekazuje wirusa dalej. Znajdą się również te, które zostały zapobiegawczo ubrane na bałwanka, żeby przypadkiem się nie przeziębiły. Te pewnie jeszcze szybciej zachorują, bo przegrzewanie jest de facto gorsze niż wychłodzenie. Pamiętajcie, że to, że Wasze dziecko choruje, nie oznacza, że musicie założyć mu jeszcze dodatkową parę skarpet na rajtuzy... Nie tędy droga do odporności. Zupełnie nie tędy. 

Dlatego też, zaklinam Was, pamiętajcie, że wszelkie infekcje dróg oddechowych mają zazwyczaj tylko dwie przyczyny: wirusy lub bakterie. Jedne i drugie zarażają. Tak więc, Wasze czy dziecka przeziębienie, przestaje być tylko Waszą sprawą w momencie, gdy decydujecie się bywać w miejscach publicznych czy odwiedzać rodzinę lub znajomych. Chora babcia w odwiedzinach u niemowlaka to nie jest dobry pomysł. Przeziębiona babcia to wciąż CHORA, a nie nie dbająca o siebie babcia.

Skoro już wspomniałam o bakteriach, to warto pamiętać również o drugim, powszechnym błędzie- antybiotyk na przeziębienie. Przeziębienie i grypa to choroby wirusowe. Antybiotyk to lek na bakterie. Nie działa na wirusy. Przeziębienia nie leczymy antybiotykami, bo możemy sobie co najwyżej zaszkodzić. Łapie mnie katar, a w apteczce mam jeszcze resztkę antybiotyku, więc wezmę na wszelki wypadek? W żadnym wypadku. Antybiotyk to ostateczność, którą stosuje się dopiero przy bakteryjnych powikłaniach. I to na wyraźne zalecenie i z przepisu lekarza. I tego się trzymajmy!

Mimo panującego wyjątkowo złośliwego przeziębienia, zdrówka Wam życzę i jeśli jednak Was dopadnie, to pamiętajcie: to wirus, a nie zimno Was dopadło! ;)

Gripex Hot Zatoki - co poszło nie tak?

Niedawno na rynku pojawił się nowy lek w popularnych saszetkach - Gripex Hot Zatoki. Pomyślałam, że wreszcie ktoś wpadł na pomysł, żeby zro...

Niedawno na rynku pojawił się nowy lek w popularnych saszetkach - Gripex Hot Zatoki. Pomyślałam, że wreszcie ktoś wpadł na pomysł, żeby zrobić konkurencję Theraflu Zatoki. Niestety po zerknięciu na skład doszłam do wniosku, że coś przy wymyślaniu tego produktu poszło nie tak. Chyba ten co wymyślał nazwę i pomysł marketingowy na nowy preparat nie skontaktował się z tym, co wymyślał skład.



Jakie są podstawowe objawy chorych zatok? Charakterystyczny ból głowy nasilający się przy schylaniu, zatkany nos, katar. Tak więc Gripex Hot Zatoki, idąc śladem pozostałych saszetek, podobnie jak one, powinien działać objawowo, czyli zmniejszać ból głowy i katar. Tymczasem od innych saszetek dedykowanych do stosowania w przeziębieniu, a nie na zatoki, różni się jednym składnikiem - dekstrometorfanem, który to jest lekiem przeciwkaszlowym. Hamuje on odruch kaszlu i stosowany jest w suchym, nieproduktywnym kaszlu. Czyżby to jego dodatek sprawił, że "zwykły" Gripex na przeziębienie stał się takim na zatoki? Na to by wyglądało... Tylko, że to zupełnie nie ma sensu.

Popatrzmy jeszcze na składy.

Popularny Theraflu Zatoki:
Paracetamol 650 mg (przeciwbólowo i przeciwgorączkowo)
Chlorowodorek fenylefryny 10 mg (na katar)

Dostępny od dawna Gripex Hot na przeziębienie i grypę:
Paracetamol 650 mg
Chlorowodorek fenylefryny 10 mg
Wit.C 50 mg

Nowy Gripex Zatoki:
Paracetamol 650 mg
Chlorowodorek pseudoefedryny 60 mg
Bromowodorek dekstrometorfanu 20 mg
Maleinian chlorofenaminy 4 mg

Jak widać, Theraflu Zatoki i Gripex na przeziębienie to prawie to samo, różni je jedynie skromny dodatek witaminy C. Za to nowy Gripex na zatoki, poza składnikami przeciwbólowym i na katar, które można znaleźć w różnych przeziębieniowych saszetkach (np.Theraflu), zawiera dodatkowo substancję przeciwkaszlową. De facto dużo rozsądniej byłoby nazwać stary Gripex Hot preparatem na zatoki, a nowość preparatem na grypę. Najwyraźniej producent nie czuł potrzeby bycia konsekwentnym jeśli chodzi o nazwę i skład i liczył, że duży napis "ZATOKI" wystarczy, by sprzedać nowy produkt. Tylko czy jest sens faszerować się lekiem przeciwkaszlowym z powodu bólu głowy? Na to pytanie odpowiedzcie sobie sami. I pamiętajcie, że Gripex Hot Zatoki to fajna alternatywa dla już dostępnych na rynku saszetek przeziębieniowych, ale lepiej sięgać po niego, gdy męczy nas pełen zestaw objawów grypowych, a nie tylko zatoki. No i nie zapominajcie, że te saszetki tylko przynoszą ulgę od objawów choroby, a nie leczą jej przyczynę. O tym więcej pisałam tutaj

Naturalne sposoby na zwiększenie płodności - cz.2 dla kobiet

W poprzedniej części podałam Wam przykładowe zioła, które poprawiają płodność u mężczyzn. Teraz przychodzi czas na kobiety. W tym przypadku ...

W poprzedniej części podałam Wam przykładowe zioła, które poprawiają płodność u mężczyzn. Teraz przychodzi czas na kobiety. W tym przypadku sprawa jest bardziej skomplikowana, gdyż podłoże problemów z zajściem w ciąże jest bardziej zróżnicowane.


Czasem przyczyną jest zbyt wysoki poziom prolaktyny, czyli tzw. hiperprolaktynemia. Można ją niwelować za pomocą leków na receptę lub roślinnych, o których napiszę poniżej. Inną przyczyną może być zespół jajników policystycznych, czyli PCOS. Jest to choroba o podłożu hormonalnym, która jest stosunkowo powszechna, ale nie zawsze w porę diagnozowana. Do jej podstawowych objawów należą nieregularne, bolesne miesiączki, nadmierne owłosienie, nasilony trądzik. Rozchwianie hormonów przy PCOS prowadzi do braku owulacji, niedojrzewania pęcherzyków Graafa, co oznacza niepłodność u kobiety. Statystyki mówią, że ok.40% kobiet z PCOS jest niepłodnych. Wciąż nie poznano dokładnej przyczyny tego schorzenia. Innym problemem zdrowotnym, który często skutkuje trudnościami z zajściem w ciążę i jej utrzymaniem jest chora tarczyca. Tutaj również mamy do czynienia z trudnymi do wyregulowania hormonami. We wszystkich tych przypadkach, można, a nawet trzeba, udać się do dobrego lekarza i podjąć leczenie, które w wielu przypadkach okazuje się skuteczne. Ja zaś pokażę Wam czym to leczenie można dodatkowo wspomóc. Wszystkie kobiety starające się o dziecko zapraszam do zabawy w zielarki. A oto, co mamy do dyspozycji:


Naturalne sposoby na zwiększenie płodności u kobiet



Vitex agnus-castus - Niepokalanek pospolity

Ma zdolność zmniejszania wydzielania prolaktyny, a więc wskazany jest dla kobiet zmagających się z hiperprolaktynemią. Dodatkowo zwiększa poziom LH, a zmniejsza FSH. Jest to naprawdę wszechstronne zioło, gdyż może sprawdzić się także u kobiet mających problemy o podłożu tarczycowym. Dzieje się tak dlatego, że działa on hamująco na tyreoliberynę, czyli hormon uwalniający TSH, które zaś musi być utrzymywane na niskim poziomie, by umożliwić zajście w ciążę i utrzymanie jej np. chorym na chorobę Hashimoto. Dr Różański wspomina, że dobre efekty  w przypadku Hashimoto daje on w połączeniu z roślinami takimi jak: Sarsaparilla, Cyanotis arachnoides i Catalpa. Oczywiście terapię trzeba stosować długotrwale (miesiąc to minimum), by zobaczyć efekty. Jest jeszcze jeden haczyk- tylko duże dawki niepokalanka hamują prolaktynę, małe mogą dać wręcz przeciwny efekt.


Myo-inozytol

Tym razem nie mamy do czynienia z ziółkiem. Jest to jednak składnik suplementów (niestety tak rejestrowane są póki co jego preparaty), który wspomaga proces dojrzewania komórek jajowych. Wpływa on na reakcję komórek na insulinę, a insulinooporność i PCOS idą w parze i prawdopodobnie to właśnie insulina ma związek z powstawaniem tej choroby. To jednak, jak pisałam wcześniej, nie zostało jeszcze dokładnie wyjaśnione. Niemniej, przeprowadzono badania na kobietach z PCOS, którym podano myo-inozytol przez 3 cykle. Zaobserwowano, że u 61,7% z nich wystąpiła owulacja, a spośród nich 37,9% zaszło w ciążę. Jest to całkiem niezły wynik, więc taką suplementację warto rozważyć. Istnieją również całkiem świeże badania nad zastosowaniem myo-inozytolu od drugiej strony tzn. w globulkach. Tak zastosowany ma zwiększać ruchliwość plemników i tym samym ułatwiać zapłodnienie.


Wiesiołek i siemię lniane

Zebrałam je razem, gdyż mają one ten sam cel - poprawić jakość płodnego śluzu. W przypadku wiesiołka mamy dodatkowe zastrzeżenie, by stosować go tylko od początku cyklu do owulacji, gdyż może wywoływać mikroskurcze macicy i lepiej nie stosować go w ciąży.


Maca

Wspominałam już o tej roślinie w części poświęconej Panom, gdyż na nich ma ona bardziej potwierdzone działanie. Niemniej wskazana jest również dla kobiet. Prawdopodobnie zwiększa ona bowiem przeżywalność zarodków. Efekt ten zaobserwowano na razie u myszy- te którym podawano macę, miały więcej potomstwa. Działanie to nie zostało jeszcze w pełni potwierdzone, ani wyjaśnione, ale dla borykających się z poronieniami, jest to zawsze jakaś furtka.


Uwaga na hibiskus!

Hibiskus to bardzo popularny składnik herbat owocowych. Gdy kupujemy herbatkę owocową, niezależnie od wybranego smaku, zazwyczaj zawiera ona w swoim składzie hibiskus. Starające się o dziecko powinny jednak na nią uważać, gdyż istnieją doniesienia, że obniża płodność, może powodować poronienia, a nawet odnalazłam badanie (wprawdzie na razie tylko na szczurach, ale jednak), które wykazało, że spożywanie hibiskusa w ciąży przez matki ma wpływ na spadek płodności u ich potomstwa płci męskiej.


Uwaga na zieloną herbatę!

Jak bardzo ważny jest kwas foliowy, gdy planujemy starać się o potomstwo, myślę, że nie muszę nikogo przekonywać, ale warto zwrócić uwagę na jego "wroga", czyli zieloną herbatę. Pisałam już o tym tutaj , ale powtórzę raz jeszcze: zielona herbata powoduje spadek stężenia kwasu foliowego w organizmie, toteż lepiej powstrzymać się od jej spożywania w okresie starań o dziecko i ciąży.

Naturalne sposoby na zwiększenie płodności - cz.1

Dopóki nie zaczęłam starań o dziecko i nie złapałam kontaktu z innymi "staraczkami" i ciężarnymi, nie zdawałam sobie sprawy z ...



Dopóki nie zaczęłam starań o dziecko i nie złapałam kontaktu z innymi "staraczkami" i ciężarnymi, nie zdawałam sobie sprawy z tego jak dużym problemem jest obecnie niepłodność. Tak naprawdę, choć większość społeczeństwa nie ma tej świadomości, każdy z nas ma w swoim otoczeniu co najmniej jedną parę, która długo bezskutecznie stara się o ciążę lub doświadcza poronienia. Dlatego też, ponieważ temat jest ważny i bardziej powszechny niż nam się zdaje, postanowiłam zaangażować się w akcję #nieplodnosciniewidac . Z tej okazji zebrałam dla Was naturalne, w większości ziołowe, środki zwiększające płodność.Warto wiedzieć, jak można się wspomóc zanim sięgnie się po cięższą artylerię w postaci leków hormonalnych lub gdy te zawiodą, a nie chcemy się poddawać. Żeby działać skutecznie, warto w pierwszej kolejności ustalić przyczynę problemu. Czy leży on po stronie mężczyzny czy kobiety, i dalej, czy winna jest zbyt mała ilość nasienia, kiepska jego jakość czy może hiperprolaktynemia, PCOS lub chora tarczyca u partnerki? Ja ze swojej strony trzymam kciuki za wszystkich starających się o dziecko i zapraszam na małą ściągę. Na początek bierzemy pod lupę zioła dla Panów.


Zioła wspomagające płodność u mężczyzn


Są to zioła poprawiające jakość i ilość spermy, w dużej części pochodzące z medycyny ajurwedyjskiej, ponieważ chciałam pokazać Wam coś, co u nas jest mniej popularne. Większość z nich jest dodatkowo afrodyzjakami ;)


Butea superba - Red Kwao Krua

Roślina rosnąca w lasach Tajlandii. Znany afrodyzjak, ale także cenna pomoc w staraniach o dziecko, gdyż zwiększa koncentrację spermy i ruchliwość plemników. Co ważne, nie odnotowano żadnych anomalii w plemnikach po stosowaniu tego środka.


Cynomorium coccineum - Som-El-Ferakh

Roślina stosowana najszerzej w Arabii Saudyjskiej. Pobudza spermatogenezę, zwiększa ilość spermy, żywotność i ruchliwość plemników. Ponadto zmniejsza ilość wadliwego nasienia.


Chlorophytum borivilianum - Safed Musli

Kolejny indyjski afrodyzjak, który dodatkowo znacząco zwiększa ilość spermy.


Lepidum meyenii - Maca

Chyba najpopularniejsze zioło w tym zestawieniu. Zwiększa płodność zarówno u mężczyzn, jak i u kobiet. U mężczyzn prowadzi do zwiększenia ilości spermy i wzrostu ruchliwości plemników. Skuteczna dawka to 0,1g ekstraktu na kilogram masy ciała.



Mucuna pruriens - Świerzbiec właściwy

Ajurwedyjskie zioło o długiej tradycji stosowania, przebadane również przez naukowców i to nawet na niepłodnych mężczyznach. Ma potwierdzone działanie zwiększające spermatogenezę. Zwiększa koncentrację nasienia i ruchliwość plemników. Wpływa również na poziom hormonów i neuroprzekaźników. Zwiększa ilość testosteronu, LH, dopaminy, adrenaliny i noradrenaliny, a obniża poziom FSH i prolaktyny.



Tribulus terrestris - Buzdyganek naziemny

 Popularna roślina w tradycyjnej medycynie chińskiej i indyjskiej. Starającym się o dziecko może pomóc poprzez pobudzenie spermatogenezy.



Withania somnifera - Ashwagandha

 Nazywana również indyjskim żeń-szeniem, gdyż jak on ma właściwości adaptogenne. Badania potwierdziły, że ma ona zdolność zwiększania ilości plemników i ich ruchliwości u mężczyzn cierpiących na oligospermię. Ponadto podnosi poziom testosteronu i hormonu luteinizującego, a obniża FSH i prolaktynę u niepłodnych mężczyzn.


Psoralea  corylifolia - Babchi

Roślina najbardziej znana w leczeniu bielactwa, ale również mająca zdolność pobudzania spermatogenezy.



Dodatkowo warto zadbać o odpowiedni poziom selenu i cynku. 



Już wkrótce zapraszam na drugą część, dotyczącą "wspomagaczy płodności" u kobiet. Śledźcie mojego facebooka, żeby nie przegapić wpisu. 

Zielony sposób na smog, papierosy i zdrowe grillowanie

W poście opisującym mity na temat chlorofilu ( o tutaj ) wspomniałam, że natknęłam się na ciekawe badania dotyczące chlorofilu i jego pochod...

W poście opisującym mity na temat chlorofilu (o tutaj) wspomniałam, że natknęłam się na ciekawe badania dotyczące chlorofilu i jego pochodnej- chlorofiliny w kontekście zachorowań na raka. O ile, jak czytaliście, większość doniesień na temat tego związku i jego działania ma niewiele wspólnego z prawdą, o tyle jego wpływ na nowotwory faktycznie wygląda obiecująco. Badania kliniczne są jeszcze w toku i nie osiągnęły takiego poziomu zaawansowania, by być hurra-optymistą i okrzyknąć, że znaleziono antidotum na raka, jednakże ponieważ jest to środek bezpieczny i ogólnie dostępny, to pomyślałam, że warto wiedzieć jakie korzyści może nam przynieść, bo nawet jeśli zaczniemy eksperymentować na sobie jedząc dużo zielonych warzyw, to przecież krzywdy tym sobie nie wyrządzimy, a potencjalne korzyści są naprawdę duże.



Co ma wspólnego chlorofil z powstawaniem nowotworów?


Skąd biorą się nowotwory tak naprawdę wciąż nie do końca wiemy, jednak w przypadku niektórych udowodniono, że mogą powodować je substancje kancerogenne, czyli konkretne toksyny, które dostając się do organizmu ludzkiego (i nie tylko, bo u zwierząt dają ten sam skutek) prowadzą do rozwoju nowotworu. Do dobrze poznanych kancerogenów należą m.in. aflatoksyny i benzopireny. Naukowcy potrafią za ich pomocą indukować raka u myszy doświadczalnych, na których później testowane są hipotetyczne leki przeciwnowotworowe.
Aflatoksyny są to toksyny wytwarzane przez grzyby z rodzaju Aspergillus. Jest to jeden z gatunków odpowiedzialnych za powstawanie tzw. pleśni na produktach spożywczych. Najczęściej występuje w orzechach ziemnych, zbożach, migdałach. Może nam również wyrosnąć np. na chlebie. Wydziela wtedy aflatoksyny do wnętrza produktu, na którym rośnie. Te z kolei prowadzą do powstawania mutacji w DNA i rozwoju np. raka wątroby.
Benzopireny są zaś silnie rakotwórczymi substancjami powstającymi podczas spalania niecałkowitego, które występują w dymie. Zarówno tym papierosowym, o czym jest najgłośniej, ale także w smogu, z którym coraz większy problem mają mieszkańcy dużych miast. Powstają również podczas grillowania i to wcale nie w małych ilościach...

Właśnie modeli doświadczalnych z nowotworami powodowanymi przez te dwie toksyny użyli naukowcy do badań nad właściwościami chlorofilu. Praktycznie wszystkie badania zgodnie wskazywały na to, że chlorofil i jego pochodna- chlorofilina mogą mieć ochronny wpływ przed tymi toksynami i zmniejszać ryzyko zachorowania na raka w wyniku kontaktu z nimi. Mechanizm tego działania nie został jeszcze dokładnie wyjaśniony, ale przypuszcza się, że wiążą one toksyczne związki i w tej unieszkodliwionej formie doprowadzają do ich wydalenia. Tym samym kancerogeny nie mają szans doprowadzić do mutacji DNA i rozwoju raka. Takie działanie ochronne potwierdziły badania tkankowe, na zwierzętach i pojedyncze badania na ludziach. Dla przykładu: u myszy narażonych na działanie benzopirenu, które dodatkowo otrzymywały chlorofil zaobserwowano mniejszą zapadalność na raka płuc, o 37% mniej przypadków raka żołądka, o 30% mniej przypadków raka wątroby i spadek transportu dibenzopirenu do wątroby o 61-63%. Nie jest to może stuprocentowa ochrona, ale jeśli możemy zmniejszyć swoje szanse na raka o 1/3  tylko poprzez wzbogacenie swojej diety o zielone warzywa, to chyba całkiem nieźle, nie?
Jest jeszcze jedna ciekawa sprawa, dotycząca tym razem spożywania czerwonego i przetworzonego mięsa. W zeszłym roku było głośno o jego szkodliwości, kiedy WHO umieściło je na liście produktów potencjalnie rakotwórczych. Podobno każde spożyte 50g czerwonego mięsa dziennie powoduje wzrost ryzyka wystąpienia raka jelita o 18%. Nad wpływem chlorofilu na występowanie raka o takim pochodzeniu również przeprowadzono badanie. Jego wyniki były dla mnie najbardziej zaskakujące. Po przebadaniu po tym kątem grupy szczurów, okazało się, że połączenie czerwonego mięsa z zielonymi warzywami może dać nam 100% ochrony przed rakiem jelita.

 Im bardziej zielone warzywo, tym więcej zawiera chlorofilu. Bogatym źródłem są np. natka pietruszki, koperek, brokuły, jarmuż, szpinak. Są też wynalazki typu chlorella czy spirulina, ale osobiście wolę po prostu lokalne rośliny (o moich zastrzeżeniach do spiruliny pisałam tutaj ).



Wszystkie te badania wymagają oczywiście potwierdzenia u ludzi, ale moje rady są takie:

- Lubisz jeść czerwone mięso i parówki i nie chcesz z nich zrezygnować? Łącz je z zielonymi warzywami.

- Mieszkasz w dużym mieście, gdzie problemem jest smog? Dbaj o dietę bogatą w zieleninę

- Zastanawiasz się jak grillować bezpiecznie dla zdrowia? Między innymi zadbaj o to,by poza kiełbaską zjeść także dużo sałatki. Oczywiście zielonej :) 

- Nie potrafisz zrezygnować z dymka? Zagryź go pietruszką :P




Człowiek nie gąbka, czyli krytycznym okiem o kąpielach w magnezie i oliwce magnezowej

Ostatnio kilka osób zwróciło się do mnie z pytaniem co sądzę o kąpielach w magnezie jako sposobie na uzupełnianie jego niedoborów. Przyz...



Ostatnio kilka osób zwróciło się do mnie z pytaniem co sądzę o kąpielach w magnezie jako sposobie na uzupełnianie jego niedoborów. Przyznam, że nigdy nie przyszło mi do głowy, by suplementować go poprzez kąpiele. Zagłębiłam się więc w odmęty alternatywnych sposobów leczenia, żeby poznać źródło tych rewelacji.

Z tego, co udało mi się ustalić, to trend ten przyszedł do nas z USA, gdzie pewien amerykański "doktor" napisał całą książkę na temat tranderamlnego stosowania magnezu, otworzył swoją klinikę i zrobił na tym dobry biznes. Pomysł miał całkiem niezły, trzeba przyznać, gdyż taki sposób na dostarczanie magnezu byłby łatwy, przyjemny, może nawet odrobinę tańszy dla pacjenta, a przede wszystkim byłby rozwiązaniem dla osób, które nie chcą obciążać żołądka łykając tabletki lub nie tolerują magnezu w tej formie i cierpią na dolegliwości żołądkowe po jego zażyciu. Opracowano więc sposób na dostarczanie go przez skórę. W zasadzie "opracowano" to zdecydowanie zbyt duże słowo. Sposób polega bowiem na zakupieniu w sklepie internetowym z odczynnikami (ach jak ja uwielbiam te odczynniki ;) ) chlorku magnezu sześciowodnego i wsypywaniu go po 1-2 szklanki do kąpieli. W takim roztworze moczymy się po 30 minut dwa razy w tygodniu i voila- niedobory magnezu mijają. Innym sposobem jest przyrządzenie tzw. oliwki magnezowej, czyli de facto roztworu soli magnezu, gdyż łączymy ją tylko z wodą destylowaną, bez dodatku żadnych olei. Taką oliwką spryskuje się ciało i zapomina o niedoborach magnezu. Możemy wyczytać, że dostarczamy w ten sposób magnez w sposób bezstratny (100% przyswajalności???), przez największy organ naszego ciała, jakim jest skóra. Ten "największy organ naszego ciała" i skóra jako najlepszy sposób transportu leków są powtarzane jak mantra na prawie wszystkich stronach, na które trafiłam. Aż mnie dziwi, że mało kto to kwestionuje, bo wystarczy nieco ruszyć głową, by zdać sobie sprawę, że te wszystkie piękne obietnice mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Tak więc ruszamy głową:

Dlaczego chlorek magnezu stosowany transdermalnie to ściema?


Moim zdaniem niestety kolejny raz mamy do czynienia jedynie z biznesem wykorzystującym ludzką nieświadomość. Dlaczego? Otóż ten nasz organ o największej powierzchni, jakim jest skóra, spełnia kilka funkcji, z których jedną z najważniejszych jest funkcja barierowa. Tak, ma on zgodnie z zamysłem natury chronić nas przed czynnikami zewnętrznymi, w tym wnikaniem szkodliwych substancji czy mikroorganizmów do wnętrza organizmu. I trzeba naturze przyznać, że zrobiła to na tyle sprytnie, że skóra faktycznie bardzo dobrze spełnia swoją rolę. Składa się ona z kilku warstw, które substancjom z zewnątrz wcale nie tak łatwo przeniknąć by dostać się do krwi. Chlorek magnezu nie jest tu bynajmniej wyjątkiem. Naukowcy od lat trudzą się nad wymyśleniem sposobu na transdermalne podawanie leków. Tak, znachorzy nie pierwsi wpadli na ten pomysł. Niestety bariera skóry jest trudna do pokonania w takim stopniu, by osiągnąć pożądane stężenie leku we krwi. Do tej pory udało się opracować systemy transdermalne jedynie dla 17 substancji (nie ma wśród nich magnezu). I nie są to bynajmniej kąpiele, a specjalne plastry, które zawierają dodatkowo promotory wchłaniania osłabiające barierę skóry. Głównym "hamulcem" jest tutaj tzw. stratum corneum, czyli warstwa rogowa skóry, która zapewnia bardzo efektywną ochronę przed przenikaniem substancji z zewnątrz. Trzeba ją naruszyć, żeby w ogóle mówić o wchłanianiu leków w głąb kolejnych warstw.
Dodatkowo lata badań naukowców pozwoliły na określenie, jakie warunki musi spełniać substancja dobrze przenikająca przez skórę. Musi ona być:
- lipofilowa (czyli rozpuszczać się w tłuszczach)
- niepolarna (niejonowa)
- mieć małą masę cząsteczkową <500 Da

Chlorek magnezu sześciowodny, który polecają nam do sporządzania "oliwy" i kąpieli jest zaś: hydrofilowy, czyli lubi się z wodą, a nie z tłuszczami, polarny i jedynie masa cząsteczkowa nie dyskwalifikuje go do wnikania wgłąb skóry. Niemniej sama masa nie wystarczy, pozostałe właściwości wystarczają by skutecznie powstrzymać go przed wchłonięciem do krwi.

Badania nad wchłanianiem magnezu przez skórę


Propagatorzy tej metody powołują się również na badania naukowe, które potwierdzają unikalnie wysokie wchłanianie magnezu przez skórę. I tym razem liczyli chyba jednak na to, że nikomu nie będzie chciało się do tych badań sięgnąć i je przeczytać. Wy nie musicie, bo zrobiłam to za Was ;) (chociaż gdyby ktoś chciał samodzielnie to służę linkiem :) ). Jeśli chodzi o obiektywne badania dotyczące kąpieli w magnezie to mamy takowe jedno. Dotyczyło kąpieli z dodatkiem soli pochodzących z Morza Martwego, które to są bardzo bogate właśnie w magnez. O dziwo, na niektórych stronach podawane jest ono jako dowód na wchłanianie magnezu przez skórę. Chyba jedynie dlatego, że ktoś nie umie czytać ze zrozumieniem... Jakie były rezultaty badania? Wykazało ono, że magnez z Morza Martwego poprawia barierę skórną! A skoro poprawia barierę, to wręcz osłabia przenikanie przez skórę, a nie wręcz przeciwnie- sam się przez nią przedostaje. Dodatkowo kąpiel taka działa nawilżająco, zmniejsza zaczerwienienia i stany zapalne skóry. Ogólnie ma dobroczynny wpływ, zwłaszcza dla problemowej skóry, ale właśnie- TYLKO DLA SKÓRY. Ani słowa o wchłonięciu magnezu do krwi i uzupełnieniu niedoborów.

Są też krypto-badania, na które to właśnie powołują się na stronach reklamujących chlorek magnezu CDA, oliwkę magnezową itp. Nie były publikowane w żadnych szanujących się pismach naukowych, nie znajdziemy ich w PubMedzie, a jedynie na stronach zainteresowanych. Dokładnie to znalazłam takowe "badania" dwa.

 Jedno dotyczyło faktycznie kąpieli w magnezie, ale siarczanie magnezu (ten też jest stosowany do tych celów, choć chyba mniej popularny). Jeśli chodzi o wchłanianie przez skórę to możliwości tych substancji są porównywalne, więc przyjrzyjmy się temu badaniu. Uczestnikami było 19 pracowników firmy przeprowadzającej badanie. W zasadzie ciężko o bardziej nieobiektywne badanie :D Pracownicy Ci zażywali kąpieli w magnezie przez 7 dni, a w zasadzie to byli parzeni w roztworze magnezu, gdyż trwająca 12 minut kąpiel miała temperaturę 50-55 stopni Celsjusza, co daje już człowiekowi uczucie parzenia. Odpowiednia temperatura do kąpieli powinna mieć temperaturę zbliżoną do temperatury ciała, ewentualnie nieznacznie ją przekraczającą, jeśli ktoś lubi ciepłą kąpiel. Ciekawa jestem jakie uczucie daje to 55 stopni, ale niestety nawet termostat nie przewiduje takiej temperatury jako kąpielowej. Niewykluczone, że poparzona skóra faktycznie traciła swoje funkcje obronne i w pewnym stopniu przepuszczała magnez, ale i tak nie ufam badaniu przeprowadzanemu na pracownikach, bez grupy kontrolnej i bez zaślepienia (w obiektywnych badaniach uczestnicy, a nawet lekarze nie wiedzą co dany pacjent dostaje, aby wyeliminować efekt placebo).
Kolejne badanie dotyczyło oliwki magnezowej. Przeprowadził je, nie inaczej, producent tej oliwki na własnym produkcie. Niestety nie pochwalił się kim byli uczestnicy ;) Chwali się za to jakie to procentowe super przyrosty poziomu magnezu zaobserwował po 12 tygodniach jej stosowania. Badanie przeprowadził na 9! pacjentach, z czego jeden badania nie ukończył, u jednego poziom magnezu spadł, a pozostałych siedmiu zrobiło mu tą cudowną statystykę :D Jak łatwo się domyślić, o żadnym placebo, zaślepieniu, czy publikowaniu w rzetelnych źródłach nie było mowy.
Tak właśnie wygląda to szumnie brzmiące "działanie potwierdzone badaniami naukowymi".

Podsumowując, pamiętajcie, że człowiek to nie gąbka i nie chłonie wszystkiego w czym się go zanurzy. Gdyby było inaczej, to na podobnej zasadzie jak magnez, wchłanialibyśmy np. sód. I co wtedy? Kąpiel w wodzie morskiej podnosiłaby nam poziomu sodu we krwi? Ba, wręcz mogłaby się okazać zabójcza! Na szczęście nic takiego nie ma miejsca i możecie spokojnie wypoczywać nad morzem mocząc się bez obaw. A tych, którzy mają niedobory magnezu odsyłam do wpisu o tym, jak wybrać dobry magnez (doustny): klik Dobry magnez przyswaja się nawet w 90%, więc naprawdę nie ma na co narzekać. Czasami człowiek chcąc oszczędzić, tak naprawdę wyrzuca pieniądze w błoto.



Słońce w płynie, czyli jak wykorzystać pseudonaukowy bełkot, żeby zarobić

Niedawno koleżanka zapytała mnie, czy słyszałam o chlorofilu w płynie. Zabrzmiało dość dziwacznie i podejrzanie, ale nigdy wcześniej o nim...


Niedawno koleżanka zapytała mnie, czy słyszałam o chlorofilu w płynie. Zabrzmiało dość dziwacznie i podejrzanie, ale nigdy wcześniej o nim nie słyszałam, więc z ciekawością zapytałam wujka Google, co o tym sądzi. To co wyczytałam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Rozumiem, propaganda musi być, do tego trochę pseudonaukowych faktów i nowy alternatywny biznes świetnie się kręci. Eko jest w modzie, więc raz napisana bzdura potem w błyskawicznym tempie rozchodzi się po internecie i sukces gotowy. Niemniej to, co wyczytałam o chlorofilu sprawiło, że najpierw kilka minut się pośmiałam, a potem stwierdziłam, że ktoś musi wreszcie te bzdury sprostować, bo dorównują tym na temat lewoskrętnej witaminy C, o której kiedyś pisałam (tutaj).




Mity na temat chlorofilu

 MIT NR 1


"Chlorofil to płynna energia słoneczna, kąpiel słoneczna dla naszych organów wewnętrznych. Niezbędny jest dla osób, które otrzymują mało światła słonecznego np. pracowników biur, mieszkańców dużych miast."

No błagam... Od kiedy to nasze organy wewnętrzne potrzebują słońca? W jaki pozytywny sposób niby miałoby ono na nie działać? Mamy ponaświetlać sobie wątrobę, serce czy może nerki? Co będzie najlepsze? Skoro tak lubimy naturę, to pamiętajmy, że natura nie przewidziała żadnych otworów w naszym ciele, które miałyby pozwalać docierać słońcu do naszych narządów. Najwyraźniej nie było takiej potrzeby.

Co się zaś tyczy samej energii słonecznej, możemy dalej wyczytać, że "chlorofil jest magazynem mocy słonecznej", a nawet, że "przechowuje energię słoneczną, która daje nam mądrość i miłość". Mądrości i miłości nie będę nawet komentować, bo zakrawa to na jakąś nową sektę, ale zastanówmy się nad samą energią. Zapewne wszyscy pamiętają ze szkoły, że chlorofil jest zielonym barwnikiem roślinnym, który bierze udział w fotosyntezie. Tak więc niezaprzeczalnie ma coś wspólnego z energią, bo dzięki niemu rośliny wytwarzają sobie energię do wzrostu. Nie jest on jednak jej magazynem, nie przenosi jej i nie oddaje temu, kto go zje bądź wypije.  Fotosynteza jest tak naprawdę skomplikowanym procesem, ale dla zobrazowania znalazłam taki w miarę prosty schemat tego etapu, w którym bierze udział chlorofil.


źródło: e-biotechnologia.pl


Wytwarzana energia to tak naprawdę ATP i NADPH, które jak widzicie na żadnym etapie nie trafiają do chlorofilu i nie są przez niego magazynowane. Nie ma więc co liczyć na to, że chlorofil dostarczy Wam energii słonecznej. No chyba, że ktoś liczy na to, że zajdzie mu w żołądku cały proces fotosyntezy, ale chyba nie muszę wyjaśniać, że nie ma takiej opcji? :P I lepiej nie robić sobie dziur w ciele na promienie słoneczne, żeby to sprawdzić ;)



MIT NR 2


Chlorofil jest żywą zieloną krwią roślin. Jego budowa jest niemal identyczna z cząsteczką hemoglobiny. A nawet,  pochłania żelazo i zamienia się w ludzką krew.


Ech... Słyszałam o zamianach wody w wino czy krew, ale żeby chlorofil po wypiciu zmienił się w hemoglobinę niestety również trzeba by cudu. Czy mają niemal identyczną budowę? Popatrzcie:




 Jak widać, podstawowy pierścień faktycznie ma tą samą budowę, umożliwiającą łączenie metali, przy czym chlorofil posiada w centrum magnez,a hem żelazo, jednak nie jest to jedyna różnica między nimi. Różnią się również podstawnikami, co sprawia, że są to związki o całkowicie odmiennym działaniu i naprawdę NIE MAJĄ zdolności przechodzenia z jednego w drugi w ludzkim żołądku.


MIT NR 3


Chlorofil poprawia utlenowanie organizmu. Ma ogromną zdolność łączenia się z tlenem. Gdziekolwiek znajdzie się w Twoim organizmie, zawsze ciągnie za sobą tlen.

Chlorofil i tlen mają ze sobą coś wspólnego - fotosyntezę. Wiemy, że przeprowadzenie fotosyntezy w żołądku nie jest możliwe, więc w ten sposób na pewno chlorofil nie dostarczy nam tlenu. Ma również mieć podobne do hemoglobiny właściwości wiązania tlenu, ze względu na podobną budowę. Tutaj jednak również wystarczyła drobna różnica, by wszystko zepsuć. Żelazo w hemie ma zdolność wiązania się jeszcze z dwoma ligandami i w ten sposób przyłącza tlen. Magnez w chlorofilu jest zaś związany dwoma wiązaniami i więcej ich nie potrafi utworzyć. Dlatego też nie ma mowy o przyłączeniu tlenu i ciągnięciu go za sobą. Pomijając to wszystko, to od kiedy to tlen wchłaniany jest w przewodzie pokarmowym? Całe życie byłam przekonana, że za wymianę gazową i dostarczanie tlenu odpowiadają płuca... Chlorofil nie poprawi więc utlenowania organizmu.


MIT NR 4


Chlorofil a bakterie probiotyczne

„Dobre” bądź aerobowe bakterie rozwijają się w obecności tlenu i potrzebują go do stałego wzrostu i przetrwania. Dlatego, jeśli nie mamy wystarczającej ilości tlenu w komórkach, kontrolę przejmują „złe” bakterie, które zaczynają się rozmnażać, co prowadzi do licznych infekcji i chorób. Te patogenne drobnoustroje są beztlenowe i nie tolerują tlenu w formie gazowej.  Uważa się, że przewaga beztlenowych bakterii w naszych jelitach jest jedną z głównych przyczyn wszystkich chorób. Tam gdzie jest chlorofil, nie rozwinie się choroba bakteryjna.

Chlorofil nie dostarcza do jelit tlenu w formie gazowej i w zasadzie to, co napisałam wcześniej wystarczyłoby, by obalić ten tekst, jednak nie sposób przemilczeć wypisanych tu głupot, przeinaczonych tak by pasowały do nowej teorii. Zastanówmy się więc jakie to są "dobre" bakterie jelitowe, czyli probiotyczne? Otóż należą do nich bakterie BEZTLENOWE, czyli sytuacja wygląda dokładnie na odwrót- "dobre" bakterie to bakterie beztlenowe, podczas gdy patogenne są w większości bakteriami tlenowymi (choć i beztlenowce też mogą być patogenami). Tak więc od której strony by na to nie patrzeć, to teoria ta zupełnie nie ma sensu.


MIT NR 5


Liczne badania naukowe wskazują, że chlorofil  jest w stanie przyczynić się do złagodzenia objawów niemal każdej choroby.

 Nie wiem gdzie autor tych rewelacji znalazł te liczne badania, gdyż przeszukałam badania dotyczące chlorofilu i niestety zdecydowana większość dotyczy tylko roślin, a nie jego zastosowania u ludzi. Nie ma ani słowa o potwierdzeniu wszystkich tych deklarowanych  magicznych właściwości u ludzi, a nawet zwierząt. Jedyne sensowne badania na tematu chlorofilu i jego pochodnej- chlorofiliny toczą się w kontekście zapobiegania nowotworom. I w tym wypadku muszę przyznać, że wyniki wyglądają naprawdę obiecująco, choć za wcześnie by wyrokować, że będą naprawdę skuteczne u ludzi. Niemniej temat zainteresował mnie na tyle, że poświęcę temu wkrótce osobny wpis.


 MIT NR 6


Chlorofil w płynie jest bogatym źródłem magnezu.

Niestety, gdy spojrzycie na skład chlorofilu w płynie, znajdziecie chlorofilinę miedziową, czyli rozpuszczalną formę chlorofilu, w której atom magnezu został zastąpiony atomem miedzi. Tak więc źródłem magnezu chlorofil w płynie nie jest wcale...


Podsumowując, wszystkie mądrze brzmiące teorie na temat chlorofilu są niestety pseudonaukowym bełkotem stworzonym, by sprzedać nowy suplement zwany "chlorofilem w płynie", a wraz z nim inne reklamowane jako bogate źródło chlorofilu, czyli spirulinę, chlorellę czy zielony jęczmień. Warto zdawać sobie sprawę z tego, że chlorofil nie sprawi, że Wasz organizm będzie dotleniony, nie doda energii, ani nie ochroni przed infekcjami bakteryjnymi. Mit uznaję za obalony i mam nadzieję, że się ze mną zgadzacie.


P.S. Uff muszę przyznać, że trochę się napracowałam nad tym wpisem, więc jeśli Wam się podoba i uważacie, że obalanie krążących mitów  o super-magicznych-suplementach jest przydatne, to będzie mi miło, jeśli docenicie moją pracę dając "lubię to" lub udostępniając ten wpis :)

Czy 'wapno' na alergię faktycznie działa?

W polskiej kulturze silnie zakorzeniona jest tradycja stosowania "wapna" (czyli tak naprawdę wapnia) na wszelkiego rodzaju uczulen...

W polskiej kulturze silnie zakorzeniona jest tradycja stosowania "wapna" (czyli tak naprawdę wapnia) na wszelkiego rodzaju uczulenia. Masz wysypkę, pokrzywkę? Weź wapno. Katar? Weź wapno. Coś Cię ukąsiło i swędzi? Najlepiej wypij wapno. Myślę, że każdy z nas kiedyś usłyszał taką radę. A próbowaliście kiedyś kupić wapń na alergię w zagranicznej aptece? Farmaceuci robią duże oczy i nie bardzo wiedzą o co chodzi, no bo jak to? Wapń przecież nie działa na alergię. Więc jak to jest naprawdę?


Czy wapń faktycznie leczy alergię?


Odpowiedź brzmi: NIE. Sprawa nie jest jednak całkiem jasna, dlatego musiałam przebrnąć przez masę źródeł, żeby móc Wam rzetelnie odpowiedzieć na to pytanie. Prawda jest taka, że mało badaczy w ogóle zajęło się takim zastosowaniem wapnia. Wiemy o nim z całą pewnością, że jest makroelementem niezbędnym w naszej diecie. Odpowiada za właściwe funkcjonowanie wielu organów w naszym ciele. Jest nie tylko budulcem kości, ale ma także wpływ na kurczliwość mięśni, przewodność nerwów, uwalnianie hormonów i krzepnięcie krwi. Jeśli zaś chodzi o jego wpływ na alergie, to obecnie ani polskie ani europejskie stowarzyszenia alergologiczne nie zalecają go jako leku na tę chorobę. Możemy co najwyżej stosować go pomocniczo, nie licząc na spektakularne efekty i nie ograniczając się do niego jako jedynego remedium.

Co wykazały badania nad wpływem wapnia na alergię?


- 2 badania potwierdziły pozytywny wpływ podania doustnego wapnia na alergię skórną, ALE podawane dawki wynosiły odpowiednio 5,1 g i 4,25 g  wapnia, podczas gdy musujące preparaty tworzone z myślą o alergii, dostępne w aptekach zawierają 300-600 mg wapnia i to w słabo przyswajalnej formie węglanu.
- 1 badanie potwierdziło, iż podanie 1000 mg wapnia doustnie w przypadku kataru siennego powoduje zmniejszenie obrzęku śluzówki nosa, ALE nie zmniejsza ilości wydzieliny ani nie redukuje kataru.
- Kolejne badanie wykazało, że  hamowanie uwalniania histaminy poprzez wapń wymaga tak dużego jego stężenia, że jest ono niemożliwe do osiągnięcia w organizmach żywych, nawet po podaniu dożylnym.
- Jak dotąd nikt nie przedstawił mechanizmu wpływu wapnia na uczulenia.


Skąd wzięło się przekonanie o tym, że wapń jest skuteczny w zwalczaniu alergii?


Na to pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć Wam z całą pewnością, ale mam swoją teorię ;) Mówi się o korelacji niedoborów wapnia ze zwiększonym ryzykiem wystąpienia alergii. Może więc, gdy alergia u danej osoby wynika faktycznie z niedoboru tego pierwiastka, to suplementowanie go w dużych dawkach pozwala na złagodzenie objawów? Tego jeszcze nie sprawdzono, ale z pewnością suplementacja wapnia u alergików ma dużo większy sens niż stosowanie go doraźnie w razie wysypki. Dlaczego?

Wapń a atopowe zapalenie skóry i alergia na mleko krowie


Przy dobrze zbilansowanej diecie 70-80% zapotrzebowania na wapń pokrywane jest z pożywienia. Niestety wymaga to obecności w diecie nabiału. Tymczasem obecnie jedną z najczęściej występujących alergii jest alergia na mleko krowie i jego przetwory. Podstawą leczenia jest wtedy wyeliminowanie z diety wszystkich produktów tego pochodzenia. To zaś może prowadzić do niedoborów wapnia, co potwierdzają liczne badania. Dla przykładu: spośród 23 dzieci z AZS aż u 13 wykazano niedobory wapnia. Podobne badanie przeprowadzono też w Polsce. Przebadano dzieci będące na diecie eliminacyjnej i okazało się, że 72,5% z nich ma niedobory wapnia. Ponadto istnieją obiecujące badania, które mówią, że wysoka podaż wapnia w dzieciństwie zmniejsza szanse na zachorowanie na AZS, mimo historii choroby w rodzinie.

Niedobory wapnia 


Niedobory wapnia są bardziej powszechne niżby nam się wydawało. Żeby podać bliski przykład, weźmy mieszkańców Warszawy, których to populacja została przebadana pod kątem zawartości wapnia w diecie. Średnia dzienna dawka tego pierwiastka pokrywająca zapotrzebowanie dorosłego człowieka to ok.1000 mg. Przeciętny Warszawiak przyjmował go zaś 520-540 mg dziennie, z czego 65% dostarczały przetwory mleczne. Łatwo więc zauważyć jak ciężko znaleźć zastępstwo dla takiej ilości wapnia będąc na diecie eliminacyjnej. Nawet z normalną dietą większość z nas ma niedobory. 
Dla tych, którzy chcieliby pobawić się w sprawdzenie ilości wapnia w diecie ich maluchów podaję zapotrzebowanie u dzieci:
1-3 lata - 700 mg
4-8 lat - 1000 mg
9-18 lat - 1300 mg

A teraz trochę postraszę ;) Czy wiecie czym grożą niedobory wapnia u dzieci, poza hipotetycznie zwiększonym ryzykiem alergii?

- deformacjami kości
- wczesną próchnicą
- późnym ząbkowaniem
- późnym chodzeniem
- nadmierną płaczliwością w nocy
- nadmierną potliwością
- skrzywieniami kręgosłupa i kończyn dolnych
- zahamowaniem wzrostu

U dorosłych zaś należy dopisać do tej listy jeszcze osteoporozę.

Jakie objawy mogą świadczyć o niedoborach wapnia?

- częste krwotoki, siniaki
- skłonność do alergii, wysypek
- bezsenność
- osłabienie pamięci
- zawroty głowy
- skurcze mięśni
- skłonność do złamań
- bóle pleców, nóg, stawów
- PMS (tak, tak, nawet to ;) )

Jakie wnioski?


Wapń nie jest dostatecznie zbadany, by uzasadnione było jego stosowanie doraźnie w razie wystąpienia alergii, a badania bardziej przechylają się w stronę udowodnienia, że takiego działania on wcale nie wykazuje. Słuszne jest za to uzupełnianie jego niedoborów u dzieci, gdyż są one bardzo powszechne, zwłaszcza właśnie wśród alergików. Istnieje również nadzieja, że utrzymując dobry poziom wapnia w organizmie dziecka unikniemy rozwinięcia się u niego alergii, w tym AZS.

O tym, jak alergia może doprowadzić do uzależnienia

Słowo "uzależnienie" kojarzy nam się zazwyczaj z alkoholem lub narkotykami, ale mocno uzależniające potrafią być też leki np. nase...

Słowo "uzależnienie" kojarzy nam się zazwyczaj z alkoholem lub narkotykami, ale mocno uzależniające potrafią być też leki np. nasenne czy przeciwbólowe. Z tego również większość z nas zdaje sobie sprawę. Ale czy także z tego, że uzależniać mogą również niewinne krople do nosa?



Sezon alergiczny w pełni, a liczba alergików wzrasta z każdym rokiem. W aptece co dzień pojawiają się pacjenci uskarżający się na bardzo dokuczliwy lejący katar. Próbują leczyć się lekami antyhistaminowymi, wapnem, wszystkim co przyjdzie im do głowy lub poleci ktoś znajomy, ale często nie mogą trafić w skuteczny dla nich lek. Wtedy sięgają po krople do nosa. I tutaj pojawia się problem. Sama jestem alergiczką, więc doskonale wiem, jak uciążliwy potrafi być katar sienny. Człowiek chce móc normalnie funkcjonować, cieszyć się latem, a tu ciągle katar i katar... Rozumiem więc, że pacjenci chcą znaleźć coś, co wreszcie przyniesie ulgę, a krople/aerozole do nosa faktycznie im ją dają. Trzeba jednak uważać, bo te skuteczne kropelki mogą uzależniać, a przewlekły katar alergiczny jest idealną przyczyną, która może do takiego uzależnienia doprowadzić.
Leki, na które trzeba uważać to najpopularniejsze spray'e np. Otrivin, Nasivin, Xylorhin, Sudafed, a także najtańsze na rynku krople -Xylomethazolin. Zawierają one ksylometazolinę lub oksymetazolinę. Działają one obkurczająco na naczynia krwionośne, zmniejszają obrzęk śluzówki nosa i wysięk. Jest to więc działanie objawowe - pomogą nam zwalczyć katar na kilka godzin, ale nie usuną przyczyny jaką jest alergia lub przeziębienie. Zastosowanie ich pomoże na kilka godzin,a potem katar powróci. Kusi więc, by używać ich kolejny raz i kolejny i kolejny... A tego robić nie można! Krople te (co zresztą w ulotkach jest napisane, ale nie każdy je czyta ;) ) można używać przez góra 5-7 dni. Dłuższe stosowanie może prowadzić do uzależnienia i kataru polekowego.

Jak to działa?

Przewlekłe stosowanie sympatykomimetyków, którymi są opisywane przeze mnie krople, prowadzi do niedokrwienia błony śluzowej nosa, zaniku śluzówki, obrzęku, a nawet krwawień. Wszystko to wtórnie daje uczucie zatkanego nosa. Dlatego też pacjent powtórnie sięga po krople, aby go udrożnić i nieświadomie pogarsza swój stan, bo po chwilowej uldze pojawia się jeszcze większy obrzęk, więc znów zakrapla i tak koło się zamyka. Bez kropli ma wrażenie, że nie może oddychać. Co gorsze, naczynia krwionośne w nosie uodparniają się na działanie leku, więc konieczne jest stosowanie coraz większych dawek. W ten sposób powstaje uzależnienie. Niektórzy stosują krople latami i już nie potrafią bez nich funkcjonować. Niestety, jak to zwykle bywa z uzależnieniami, oduczenie się ich stosowania nie jest proste i wymaga wiele samozaparcia i często wspomagania innymi środkami farmakologocznymi. Dlatego, jak zawsze, najlepiej zapobiegać i przestrzegać tej granicy 7 dni, a w przypadku dzieci nawet lepiej ten czas skrócić.

Pamiętajcie, starajcie się walczyć z katarem siennym za pomocą leków przeciwalergicznych, a krople typu Otrivin zostawcie jako zupełną ostateczność do doraźnego zastosowania. W innym wypadku Wasz katar zamiast tylko przez sezon pylenia, może trwać cały rok!

'Mamo, swędzi!' czyli jak sobie radzić z ukąszeniami owadów

Wprawdzie w mieście komary w tym roku raczej nas oszczędzają, ale przed wyjazdami wakacyjnymi na łono przyrody, zwłaszcza nad jeziora, w...

http://aptekamalegoczlowieka.blogspot.com/2016/07/mamo-swedzi-czyli-jak-sobie-radzic-z.html


Wprawdzie w mieście komary w tym roku raczej nas oszczędzają, ale przed wyjazdami wakacyjnymi na łono przyrody, zwłaszcza nad jeziora, warto zaopatrzyć swoją apteczkę w środek po ukąszeniu owadów. Zapraszam na przegląd preparatów, które pomogą zarówno dzieciom, jak i dorosłym w przypadku zaczerwienienia, obrzęku i swędzenia w miejscu ugryzienia.
W przypadku takich preparatów mamy do czynienia zarówno z lekami, wyrobami medycznymi, jak i kosmetykami. Te ostatnie można kupić zarówno w aptekach, jak i w drogeriach i jest ich naprawdę sporo, o zbliżonym składzie. Dlatego też nie będę zagłębiała się w tę kategorię. Ogólnie, mamy tu do czynienia z żelami z dodatkiem takich substancji/wyciągów roślinnych jak: mentol, panthenol, alantoina, aloes, rozmaryn, rumianek, oczar wirginijski.

Do preparatów typowo aptecznych należą:

Fenistil żel- lek przeciwhistaminowy, przeciwświądowy, łagodzi podrażnienia, zmniejsza obrzęk, działa miejscowo znieczulająco. Można go stosować do 4 razy na dobę. Nie określono dokładnie wieku, od którego można używać Fenistil w żelu, jednak przy zachowaniu zasady, by nie stosować go na dużą powierzchnię skóry ani na rany, można bezpiecznie stosować go u dzieci jako doraźny środek łagodzący po ukąszeniu.

Fenistil w kroplach -  druga dostępna forma Fenistilu, o tej samej substancji czynnej, ale podawana doustnie. Gdy dziecko jest mocno pogryzione można rozważyć podanie kropli, zamiast smarowania. Można go stosować już od 1 miesiąca życia, z zastrzeżeniem, że do 1 roku życia jedynie po konsultacji z lekarzem. Warto pamiętać, że jest to lek przeciwhistaminowy i jako taki nie jest pozbawiony działań niepożądanych i interakcji, choć jest stosunkowo bezpieczny i dlatego dostępny bez recepty.
Dawkowanie Fenistilu u dzieci:
1 m.ż - 1 r.ż.: 3-10 kropli 3 razy na dobę
1-3 lata: 10-15 kropli 3 razy na dobę
3-12 lat: 15-20 kropli 3 razy na dobę
powyżej 12 lat: 20-40 kropli 3 razy na dobę

Dapis żel -  osobiście kojarzy mi się typowo z apteką, ale zarejestrowany jest jako kosmetyk. Produkowany przez firmę specjalizującą się typowo w lekach homeopatycznych. Czyli jest to coś w stylu homeopatycznego kosmetyku? Producent nie określił dokładnie, więc zgaduję, że tak. Zawiera wyciąg z bagna zwyczajnego i jadu pszczelego. Do stosowania po ukończonym 1 roku życia. 

Allertec Ukąszenia - aerozol zawierający dwie substancje czynne: antazolinę i nafazolinę. Wcześniej dostępny pod nazwą Dermophenazol. Ma działanie przeciwalergiczne, łagodzi świąd, pieczenie, obrzęk. Można go stosować co 4-6 godzin. Ulotka milczy na temat dolnej granicy wieku, od którego można go stosować, ale ponieważ zawiera kwas borowy, to zostawiłabym go jednak dla tych 12+.

Comarol krem -  zawiera difenhydraminę i lidokainę, czyli substancje o działaniu odpowiednio przeciwalergicznym i miejscowo znieczulającym. Można go stosować 2-3 razy dziennie. U dzieci powyżej 2 roku życia.

Kamagel -  zawiera octanowinian glinu i wyciąg z rumianku, dzięki czemu działa przeciwobrzękowo i przeciwzapalnie.

Hydrocortisonum krem -  krem zawierający dość słabo działający steryd, a co za tym idzie o działaniu przeciwzapalnymi, przeciwświądowym. Aplikację można powtarzać 2 razy dziennie, stosować jedynie miejscowo i do 7 dni. Bez wyraźnych wskazań lekarza do stosowania dopiero powyżej 12 roku życia.

Entil Ukąszenia żel -  wyrób medyczny, bez substancji czynnej, działa na zasadzie łagodzącego podrażnienia hydrożelu, który dodatkowo na drodze osmozy powoduje wypompowanie toksyn wstrzykniętych przez owady. Do stosowania 2-3 razy na dobę. Bezpieczny również dla dzieci.

Entil Ukąszenia plasterki - nowość na rynku, jeszcze fizycznie nie miałam okazji ich obejrzeć. Tworzą barierę ochronną, działają łagodząco i przeciwbakteryjnie. W przeciwieństwie do żelu, zawierają substancje czynne - bisabolol i kwas glicyretynowy. Dodatkowo mentol o działaniu chłodzącym. Plasterek zmienia się co 8 godzin. U dzieci należy stosować pod nadzorem dorosłych.

Wapno (Calcium) -  w syropie lub dla starszych w tabletkach musujących. Działa przeciwobrzękowo, przeciwzapalnie, przeciwalergicznie. Można nim wspomagać leczenie uczuleń. Dla młodszych dzieci i alergików najlepiej wybrać bezsmakowe.

Ciemna strona spiruliny

Spirulina zalicza się do bardzo modnych ostatnio superfoods. Jest bogatym źródłem białka i witamin i jak to z superfood bywa, prawdopodo...



Spirulina zalicza się do bardzo modnych ostatnio superfoods. Jest bogatym źródłem białka i witamin i jak to z superfood bywa, prawdopodobnie jest dobra na wszystko, ale nie została jeszcze dobrze przebadana. Jako, że zawsze podchodzę nieufnie do takich nowinek, które jeszcze nie zostały zbadane, ale już, często za sprawą dobrej reklamy + mody, przynoszą miliony producentom, postanowiłam przyjrzeć się minusom spiruliny. Okazało się, że szukanie jej ciemniejszej strony wcale nie było trudne, choć szukając informacji w wyszukiwarce, zazwyczaj trafia się na same superlatywy. Ja postanowiłam poszukać badań i naukowcy również i tym razem mnie nie zawiedli.


Czym jest spirulina? 


Spirulina jest de facto określeniem sinicy z gatunku Arthrospira. Kto bywa nad morzem, pamięta na pewno sytuacje, gdy kąpieliska zamykane są z powodu obecności toksycznych sinic. Jak się domyślacie, spirulina do nich nie należy. Czy to sprawia, że jej zażywanie jest w pełni bezpieczne? Nie do końca. Ale o tym za chwilę. Optymalne warunki do wzrostu tej sinicy to temperatura w granicach 35-38 stopni Celsjusza. Dlatego też produkowana jest głównie w krajach tropikalnych, o gorącym klimacie, bo tam jest to najbardziej opłacalne. Najwięksi producenci pochodzą z Kalifornii, Hawajów i Chin. Pozyskują oni spirulinę z naturalnych zbiorników bądź hodują w specjalnych zewnętrznych systemach. Możliwa jest również produkcja spiruliny w specjalnych zamkniętych bioreaktorach, które zapewniają jej odpowiednie warunki do wzrostu, jednak jest to proces dużo droższy i póki co na takie rozwiązanie zdecydowali się jedynie Niemcy.
Spirulinę można nabyć w postaci proszku albo tabletek, zarówno w aptekach, sklepach zielarskich, jak i przez internet. Rejestrowana jest oczywiście jako suplement diety. Mimo, moim zdaniem, mało korzystnej ceny, cieszy się ona dużą popularnością. Koszt kuracji najbardziej popularną spiruliną Cyanotech to ok. 50 groszy za gram. Aktualną cenę proszku możecie sprawdzić tutaj, a tabletek tutaj.
Na rynku światowym istnieje kilku wiodących dostawców, których preparaty trafiają do wielu krajów ( obecnie produkcja sięga 1300 ton rocznie! A prognozowany jest oczywiście dalszy wzrost.) Dlatego też ta spirulina, którą kupujemy u nas, będzie tą samą, którą nabywają nasi europejscy sąsiedzi. Część z nich zabrała się również za jej badanie. Jedno z takich ciekawych badań przeprowadzili Greccy naukowcy i między innymi do ich wyników będę się odwoływać.

 

 

Jakie zagrożenia niosą ze sobą preparaty spiruliny?


Podstawowym problemem jest czystość. Sinice mają to do siebie, że nigdy nie występują jako pojedynczy gatunek, ale stanowią miksturę różnych gatunków, w tym cyjanogennych, czyli toksycznych. Oczywiście producenci poddają spirulinę procesom uzdatniania i oczyszczania, jednak na ile są one dokładne i efektywne? Nad tym właśnie zastanawiali się Grecy i to postanowili sprawdzić. W tym celu przebadali 31 suplementów diety zakupionych z różnych źródeł, które miały zawierać spirulinę, bez żadnych dodatków. Jakie były wyniki? Większość z nich faktycznie zawierała spirulinę jako dominujący składnik (81-100%), chociaż zdarzył się też taki "kwiatek", gdzie było jej tylko 48,6%. Pozostały odsetek stanowiły inne cyjanobakterie, w tym wykryto co najmniej 3 toksyczne. Dla przypomnienia - toksyny sinic mogą prowadzić do: wymiotów, biegunek, gorączki, uszkodzenia wątroby, bóli mięśni i stawów, porażenia mięśni, niewydolności oddechowej prowadzącej do śmierci. Jak obliczyli naukowcy, zawartość sinic wytwarzających cyjanotoksyny w suplementach jest taka, że ryzyko stanowi przyjmowanie dawki 4g dziennie. O ile objawy zatrucia pokarmowego można rozpoznać szybko, o tyle o tym, że uszkadzamy sobie stopniowo wątrobę, bądź mięśnie, możemy przekonać się dopiero po czasie...

Kolejny problem - bakterie. Duże hodowle wodne nie są sterylne, a panujące tam warunki są idealne do rozwoju bakterii. Naukowcy zbadali więc suplementy na zawartość bakterii. W sprawdzonych 31 produktach znaleźli 469 różnych gatunków bakterii. Niezły wynik, nie? Były tam między innymi bakterie z rodzajów Pseudomonas, Clostridium, Enterococcus, które są powszechnie znane jako chorobotwórcze. Większość próbek zawierała podobne mikroorganizmy, jak próbki z okolicznych ścieków. Trudno w tej sytuacji dziwić się, że niektórzy stosujący spirulinę odczuwają nudności i zawroty głowy. Warto wtedy zastanowić się, czy jest to objaw oczyszczania organizmu czy może właśnie wręcz przeciwnie. Co ciekawe, na obecność bakterii w próbkach nie miało wpływu położenie geograficzne hodowli ani jej typ. Wszystkie sprawiedliwie był zanieczyszczone...

Ostatnia kwestia - metale ciężkie. Zdolność wiązania metali ciężkich przez spirulinę jest często przedstawiana jako jedna z jej zalet. Polecana jest do oczyszczania organizmu z metali ciężkich. Takie jej właściwości faktycznie zostały potwierdzone naukowo. Ba, są naprawdę duże. Tylko czy to faktycznie dobrze? Właściwości te wykorzystywane są w głównej mierze do oczyszczania wód. Gdy zbiornik wodny zanieczyszczony jest metalami ciężkimi, sinica ta wiąże je w dużych ilościach, oczyszczając wodę. Teraz połączmy to z faktem, że bywa pozyskiwana ze środowiska naturalnego. Zażywając taki suplement nie otrzymujemy więc remedium na metale ciężkie, a wręcz przeciwnie - serwujemy sobie ich potężną dawkę.

Co teraz sądzicie o tym superfood? Warto czy nie warto? A może znacie jakieś preparaty z certyfikatami czystości mikrobiologicznej i na zawartość metali ciężkich?

Kompendium interakcji suplementów diety cz.II

Zapraszam na kolejną dawkę wiedzy, której możecie nie znaleźć w ulotkach suplementów (BTW w niektórych z nich nie znajdziecie nawet ulotek ;...

Zapraszam na kolejną dawkę wiedzy, której możecie nie znaleźć w ulotkach suplementów (BTW w niektórych z nich nie znajdziecie nawet ulotek ;) ). Dla tych, którzy jeszcze nie widzieli części I - znajdziecie ją tutaj


Sok z grejpfruta



Gdzie go znajdziemy?
W suplementach podnoszących odporność organizmu (ze względu na zawartość wit.C i flawonoidów). Uważać należy również na zwyczajny sok z grejpfruta 100% kupowany w sklepie.

Na co uważać?

Grejpfrut zawiera związki będące inhibitorami enzymów cytochromu P-450 CYP3A4, które odpowiedzialne są za metabolizm wielu leków (np. tych na nadciśnienie, przeciwalergicznych, statyn, antybiotyków). Jest ich na tyle dużo, że przyjmuje się ogólną zasadę, by żadnych leków nie popijać sokiem z grejpfruta, a stosując leki długotrwale, ogólnie ograniczać spożycie tego soku. Niezbędny odstęp to 4 godziny. Zaburzenie metabolizmu leku, prowadzi do zwiększenia jego stężenia, co z kolei może prowadzić do zatrucia.  


 Błonnik pokarmowy


 Gdzie go znajdziemy?
 W preparatach na odchudzanie i przeczyszczających.

 Na co uważać?

- zmniejsza wchłanianie i osłabia działanie niektórych leków nasercowych (np.digoksyny), leków przeciwdepresyjnych, litu
- korzystnie wpływa na leczenie lewodopą w chorobie Parkinsona i leczenie lekami obniżającymi poziom cholesterolu. Dzięki niemu można zmniejszyć stosowane dawki.


Węgiel aktywny

 
Gdzie go znajdziemy?
W preparatach na biegunkę, zatrucia, niestrawność.

 Na co uważać?

Węgiel działa na zasadzie absorbowania toksyn. Niestety nie jest na tyle inteligentny, by działać tylko na toksyny, toteż, zażyty jednocześnie z innymi lekami, pochłania również je, powodując osłabienie ich działania. Należy pamiętać o zastosowaniu kilkugodzinnego odstępu. 


Jeżówka purpurowa - Echinacea purpurea

   

Gdzie ją znajdziemy?
W preparatach mających podnosić odporność organizmu.

  Na co uważać?

- po raz kolejny na metabolizm przez cytochrom P-450 - może prowadzić do wzrostu stężenia leków i ich działań niepożądanych
- na kofeinę - tę zawartą w lekach, ale i w napojach energetycznych czy kawie. Jeżówka przepita kawą może doprowadzić do bóli głowy, przyspieszonego bicia serca, pobudzenia. Za to również odpowiedzialny jest wpływ na metabolizm.
- po przeszczepach- ze względu na swój wpływ na układ immunologiczny, może zaburzać działanie immunosupresantów stosowanych u osób po przeszczepach 

 

 

 Zielona herbata

  

Gdzie ją znajdziemy?
W preparatach wspierających odchudzanie, oczyszczanie organizmu oraz oczywiście do zaparzania.

Na co uważać?
 Przede wszystkim należy na nią uważać w ciąży, zwłaszcza w I trymestrze. Nie mam tutaj na myśli zawartości kofeiny (na którą też warto zwrócić uwagę planując ilość kaw i herbat wypijanych w ciągu dnia ;) ), ale jej wpływ na kwas foliowy. Odpowiednia podaż kwasu foliowego w ciąży jest konieczna, by zapobiec rozszczepowi kręgosłupa u dziecka. Zielona herbata zaś powoduje spadek poziomu tej witaminy. Tak więc w ciąży, dla spokojnego sumienia, suplementom z zieloną herbatą mówimy "nie", a w formie napoju ograniczamy się do 1 filiżanki dziennie.




Jagody Goji



 Na co uważać?
Jagody goji są przeciwwskazane u osób stosujących leki przeciwzakrzepowe, przeciwcukrzycowe i obniżające ciśnienie krwi. Mogą prowadzić do nasilenia działania tych leków i niebezpiecznych dla życia krwawień, spadków poziomu cukru czy ciśnienia krwi.


Wkrótce część III, a w niej o nie całkiem niewinnych witaminach i mikroelementach :) 
Żeby nie przegapić, śledźcie Aptekę małego człowieka na facebooku :)